
Zmieniły się przepisy dotyczące koronawirusa. Można zejść na wodę. Spróbuję, może nikogo nie spotkam 😉 .
Media społecznościowe donosiły o pływach wśród znajomych, zrobiło mi się żal. Czemu nie ja?. Ale już dosyć późno, niedziela godzina piętnasta. Pozostało ruszyć najbliżej, czyli nad Brynicę. Pomyślałem że popłynę oba odcinki które w ubiegłym roku robiłem ósmego i dziewiątego stycznia. Toż to zaledwie osiemnaście kilometrów. Żona mnie wywiozła.Ruszam
Na starcie
Samo zejście na wodę nie napawało optymizmem. Pływałem tędy o każdej porze roku i na różnych poziomach, w tym bardzo niskim, ale tak niskiego stanu wody jak dzisiejszy jeszcze nie widziałem :-(.
Brynica (też) wysycha 🙁
Płynięcie mozolne, jak pod prąd. Płytko i mało sympatycznie. Pocieszający jedynie bliski kontakt z przyrodą. Całą drogę kontakt ze stadem łabędzi. Najwięcej to czterdzieści osobników. Dwa razy sarenki, czapla szara i dużo kaczek w tym z młodymi. Jakiś zielony ptaszek i po półtorej godzinie Czeladź. Zwykle ten odcinek zajmował mi godzinkę 🙁
Stado łabądków
Spotkałem również dwóch wędkarzy, wędkujących bardziej hobbystycznie niż z nadzieją że tutaj coś złapią, fotka na początku tej relacji. Często trę dnem kajaka o kamieniste mielizny. Ta rzeka ma to do siebie, że nawet przy zbyt płytkiej wodzie, dna i tak nie widać 🙁 . Tuż przed moim stałym miejscem mety i startu w moim mieście postanawiam zakończyć dzisiejsze pływanie nie realizując planu spłynięcia całego odcinka. Ciężko idzie i późno :-(.
Dopłynąłem do mojego miasta
Żeby jednak za szybko nie skończyć 😉 pomyślałem że zataszczę kajak na plecach do miejsca jego parkowania. To mniej niż kilometr i nie trzeba maszerować głównymi arteriami ;-). Poszedłem 🙂
Idę 🙂
Martwią mnie obecne poziomy wód. Wodowskaz Szabelnia 25 cm. Pozostaje mi dalej powspominać dotychczasowe pływania, bo nie wiem co to będzie z tegorocznymi wyjazdami 🙁
Więcej z tego wyjazdu tutaj.