Lata 1996-2000

                                                             Rok 1996

(To rok w którym zaczął obowiązywać nowy regulamin zdobywania odznak kajakowych)

Pod koniec kwietnia wyskoczył mi służbowy wyjazd do Białegostoku, miałem pomiędzy wyjazdem a powrotem dwa dni wolnego, zabrałem więc kajak i spłynąłem sobie Supraśl z kawałkiem Narwi. Trasa  Michałowo-Złotoria. Ładny szlak na Podlasiu. Trzy dni później wyjechałem z Andrzejem Arendtem do Zwierzyńca gdzie zostawiliśmy auto i popłynęliśmy Wieprzem. Rzeka dosyć ładnie nas niosła, musieliśmy zatem zwolnić bo po trzech dniach umówieni byliśmy z Piotrkiem, który miał przejąć moje auto i dojechać do nas na wcześniej umówione miejsce (telefonów wciąż brak). Udało się, odnalazł nas. Jeszcze jeden etap po Wieprzu, a następnie przeskok na jego dopływ- Tyśmienicę. Zaczęliśmy w Niewęgłoszu, choć chyba można było wyżej. Do ujścia w Kocku dopłynęliśmy dosyć szybko i bezproblemowo. Ostatni dzień na Wieprzu, był bardzo wyczerpujący. Padał deszcz i bardzo silnie wiało. Andrzej zrezygnował z płynięcia a ja nie i tak po przepłynięciu około dwudziestu kilometrów, gdy spotkałem się z chłopakami pod jednym z mostów, moja średnia płynięcia wynosiła ponad 8 km/h postanowiłem się posilić , przebrać i dopłynąć do ujścia w Dęblinie. Kiedy siedzieliśmy w aucie podjadając jakąś bułę, zobaczyliśmy jak silny wiatr zdmuchuje mój kajak z brzegu do rzeki. Taki wiatr… Udało się go jednak złapać i ruszyć w dalszą drogę w stronę Wisły. Dałem radę choć pod mostem przed ujściem tworzyły się tak duże fale wpychane od Wisły, że zdecydowałem tu zakończyć. Chłopaki i tak się na mnie już wystarczająco naczekali. Dzięki.

Dwa tygodnie w domu i tradycyjnie na OSK Skawą, przed którym prywatnie przed pierwszym etapem spływamy z Jadzią S. odcinek z Makowa Podhalańskiego do Zembrzyc, a dalej już z innymi uczestnikami do Czartaka, i  następnego dnia do Zatora. W tym roku planowo i bezproblemowo.

img657                                                                                    Magda wygląda na zadowoloną 🙂

img659                                                   Pod mostem w Wadowicach płynę z dwoma małoletnimi dziewczynkami

img662                                                                                     Magda wyróżniona 🙂

Znowu dwa tygodnie w betonach i w Boże Ciało wyjeżdżam na Pilicę, prawie od źródeł bo od miejscowości Pilica. Zostawiam auto na czyimś placu, przy nowo budowanym domu, za szybą pozostawiam kartkę na której piszę, by ewentualny właściciel terenu nie był zły, za pozostawienie auta, które jutro stąd zabiorę. Ja-kajakarz 🙂 . Płynę z bagażem i namiotem. Do Szczekocin ciężko, dużo kładek i innych przeszkód, ale daję radę. W piątek dopływam do Koniecpola skąd wracam po auto. Nocuję gdzieś po drodze do Zawiercia, skąd w sobotę ruszę na Wartę. Woda „na styk”, mogę zacząć w tym mieście. Mam już troszkę łatwiej, bo nie zabieram bagażu. Auto po południu , mają przejąć Piotrek i Gosia i dojechać do mnie nad zbiornik Poraj. Ciężko, ale udaje mi się do niego dopłynąć. Spotykamy się i jest fajnie. W niedzielę ruszam w kierunku Częstochowy. Rzeka zawalona drzewami, a w samym mieście blisko mety, mam przenoskę za którą rzeka się rozwidla. Część wody płynie w lewo, część w prawo. Obieram kierunek który niesie więcej wody i dopływam w umówione miejsce, koło częstochowskiego McDonaldsa. W cztery dni za mną 120 km. po praktycznie źródłowych odcinkach dwóch ważnych rzek. Jestem zadowolony 🙂

Trzy tygodnie później jedziemy na OSK Trzy Zapory na Sole.

img664                                                        Zbierają się kajakarze na starcie w Żywcu…

img663                                                                                          … i wystartowali

img666                                                                             Już  za pierwszą zaporą

img665                                               Na jeziorze Międzybrodzkim Magda mniej zadowolona 🙁

W tym roku jednak z trzech zapór są tylko dwie. Niestety nie puszczono dla nas wody i spływ rzeką (od Porąbki) nie był możliwy 🙁 .

img668                                                    tak więc najwięcej czasu spędziliśmy tutaj, na biwaku w Porąbce

Prawie całe wakacje w domu, dopiero pod koniec sierpnia jedziemy z Piotrkiem i Bogdanem na Mazury. Najpierw na Bliznę z Danowskich do Szczebry nad Rospudą. Następnie podjechaliśmy do Garbasa Drugiego z zamiarem przepłynięcia jeziora Mieruńskiego Wielkiego i Mieruńską Strugą do jeziora Garbaś na szlak Rospudy…

img672                                                           Parkujemy nad jeziorem Garbaś

img671                                                                          …i po obiadku ruszymy na jezioro

Niestety  Mieruńską Strugą nie dało się popłynąć z powodu braku wody, nawet wyjęliśmy jedną z desek z zastawki , ale rzeczka bardzo wolno podnosiła swój poziom. Zrezygnowaliśmy jadąc nad jezioro Czarne, będące początkiem szlaku Rospudy.

img669                                                                              Na tunelowym szlaku 🙂

img670                                                                                       na kajakowym szlaku

img673                                                                    na jednym z jezior szlaku Rospudy

img674                                                                                          Na Rospudzie

Po dopłynięciu do jeziora Necko w Augustowie , przejechaliśmy nad jezioro Gołdap, by spłynąć Gołdapę.

img676                                                                        Tutaj zaczniemy spływ Gołdapą

img677                                                                             Płyniemy sobie Gołdapą

Pierwszego dnia dopłynęliśmy do Juchnajci, trzeba było dostać się po samochód i lekko podkleić kajaki. Niestety w okolicy mostu nie dało się zjechać nad wodę. Rozbiliśmy namiot nad rzeką, zostawiając auto tuż przed mostem. No i jak to zwykle bywa, wieczorem na moście pojawiła się grupka młodych autochtonów. Oni gapili się w naszą stronę, my w ich, sącząc po cichutku wakacyjny mocniejszy trunek. Po dwóch godzinach tubylcy się znudzili i zniknęli. My jednak spaliśmy na czujnym śnie. Na szczęście spokojnie dotrwaliśmy do rana.

img678                                               Biwak po pierwszym etapie przy miejscowości Juchnajcie

img679                                                                                        Drugi etap Gołdapy

Z miejscowości Banie Mazurskie, odjeżdża od nas Piotrek, trzeba będzie znowu jeździć po autko 🙁 . Dopływamy z Bogdanem do Węgorapy a tą do mostu w Mieduniszkach Wielkich, gdzie któryś z nas zostaję jako zastaw za pożyczony rower, którym drugi jedzie po autko.

img680                                                 Po zapakowaniu sprzętu w Mieduniszkach Wielkich

Jazda rowerem po auto, jest fajnym rozwiązaniem dzięki któremu można w trasie dojrzeć coś ciekawego, czego nie zobaczyłoby się jadąc szybciej samochodem. My też coś zobaczyliśmy. Była to piramida w Rapie. To prawie szesnasto- metrowej wysokości grobowiec wybudowany w 1811 roku jako grobowiec rodzinny pruskiego rodu baronów von Fahrenheid. Podeszliśmy do niego zaglądając do środka przez okienka. Naszym oczom ukazały się pootwierane trumny i trumienki z ludzkimi zwłokami. Brrr.

img682                                                                                   Grobowiec w Rapie

Następną rzeczką którą sobie wybraliśmy była Łaźna Struga z miejscowości Mazury do Ełku, ładna rzeczka

img681                                                                                Na Łaźnej Strudze

Ostatnim szlakiem tego wyjazdu była Lega – Jegrznia . Chcieliśmy zacząć w Olecku, ale za jeziorem  Olecko Wielkie niestety nie dało się płynąć. Kolejne miejsce nad Legą w którym mogliśmy bezpiecznie zostawić auto z kajakiem na dachu było Gąsiorowo. Tam zrobiliśmy restart Legi, która okazała się dosyć uciążliwą rzeką z mnóstwem łozin zmuszających nas do płynięcia w ciągłym pochyleniu tułowia do przodu. Daliśmy jednak radę dopływając w ciągu dwóch i pół dnia do Biebrzy poprzez Kanał Woźnawiejski do miejscowości Dawidowizna. Było Ładnie.

Rok 1996 kończę tradycyjnie wyścigiem Barbórkowym na jeziorze Rybnickim który ma swój jubileusz . X edycja.

IMGP9165                                Bilans tego roku to 896 km. w 28 dni co daje razem od początku pływania dystans 15293 km.

 

                                                              Rok 1997

Rozpoczęliśmy majówką  z Gosią, Magdą Piotrkiem i Bogdanem w Kieleckiem na dopływach i źródłowych ramionach Nidy. Jako pierwszą zaczynamy Bobrzę w Ćmińsku.

img684

Płyniemy po Bobrzy

img685                                Po przerwie nad Bobrzą płynącą równolegle z drogą prowadzącą od DK 7 do Kielc

img686                                                          Nie umiemy się zdecydować w którą stronę popłynąć 🙂

Następnego dnia jedziemy na Łośną- Wierną rzekę. Start w Łosieniu. Rzeka daje nam popalić ale w końcu udaje się dopłynąć do Białej Nidy nad którą biwakujemy tego dnia.

img683                                                                        Żeńska część naszej grupy 🙂

Trzeci dzień majówki pływamy Białą Nidę rozpoczynając w miejscowości Oksa i dopływając do Brzegów, za połączeniem z Nidą Czarną, której źródłowy odcinek mamy zamiar przepłynąć w kolejne dwa dni.

img687                                                                                              Na Białej Nidzie

img688                                                                                            Na Białej Nidzie

W drodze do Daleszyc na Czarną Nidę odwiedzamy przydrożny Chęciński zamek 🙂

img690                                                                                          W Chęcinach

Zwiedzanie zabiera troszkę dnia, tak więc na Czarnej Nidzie spędzamy dwa dni kończąc ją, w znanych nam już Brzegach

img692                                                                 Objadamy się podczas ostatniego biwaku

img693                                                               i słonko wyszło więc Magda szczęśliwa 🙂

img694                                 Pod mostem w Brzegach. Dwa razy kończyliśmy tutaj majówkowe pływanie.

Dwa tygodnie „odpoczynku” w domu i tradycyjnie ruszamy na OSK Skawą. Spływ udany, bo oba etapy odbyły się w czasie słonecznej aury.

img695                                        Jedno zdiątko z Czartaka- trzy postacie, a każda ma swoje w głowie 🙂

Tydzień później jedziemy na Prosnę. W ekipie zamiast mojej mamy, jest z nami Marek Krzywonos (†) . Wystartowaliśmy w Praszce sobotnim popołudniem. W niedzielę dzień był również ładny, później się niestety popsuło. Była też niemiła przygoda. Rozbici nad brzegiem Prosny, siedząc w namiocie sącząc różne trunki w oczekiwaniu na poprawę pogody, zostaliśmy przegonieni przez jakąś nawiedzoną babę straszącą nas swoim chłopem, który za chwilę przybiegnie tu z widłami i rozprawi się z nami za pogniecioną trawę :). Nie robiło na niej wrażenia, że leje a jest z nami małe dziecko. Nie chcąc ryzykować nocnych awantur, zebraliśmy się odjeżdżając kawałek dalej. Pogoda nie poprawiała się, piątego dnia skończyliśmy płynięcie w Kaliszu. Drugą planowaną rzeką na tym wyjeździe była Noteć.  Rozpoczęliśmy jej płynięcie w Lucynowie, dopływając i nocując nad jeziorem Brdowskim.

img696                                                                      Na brzegu jeziora Brdowskiego

 

img698                                                                             Śniadanko nad Brdowskim 🙂

img697                                                       Jest słonko, więc suszymy się maksymalnie 🙂

Ładna pogoda nie rozpieszcza nas zbyt długo, dopływamy do miejscowości Noć i tam nocujemy.

img699                                                                                     Noteć w Noci

Niestety z nieba leje. Były kupione udka kurczaka, miało być „lepsze” ognisko a tu niestety :(. Rano bez zmian. Czekamy. Marek idzie na „polowanie” , czasem znikał zaliczając u gościnnych ludzi jakąś kąpiel lub inne przydatne korzyści. Tym razem zniknął z naszymi udkami, a po jakimś czasie zjawił się z wielkim garem rosołu 🙂 . Najedzeni , zapoznani z prognozami na najbliższe dni, które nie miały być nic lepsze, a wręcz przeciwnie, postanawiamy zakończyć wcześniej tą wycieczkę. Podjedziemy tylko zwiedzić słynny Stary Licheń, i z daleka rzucić okiem na budowę  Bazyliki Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski.

img701                                                                                       W Starym Licheniu

Trzy tygodnie później , jadąc służbowo do Olecka zabrałem ze sobą kajak mając w zamiarze popływanie po jeziorach  Pojezierza Ełckiego, niestety dzień w którym mogłem popływać okazał się być znowu dniem deszczowym tak więc przepłynąłem zaledwie osiem kilometrów po jeziorze Przytulskim.

Cztery dni później płynąłem już na kolejnym OSK Trzech Zapór z Żywca do Oświęcimia. Spływ kompletny tylko fotek brak. Tydzień później w sobotę obok Katowickiego Spodka odbywały się koncerty organizowane przez radio RMF pod hasłem Inwazja Mocy, z którą to Inwazją radio jeździło od miasta do miasta przez całe wakacje każdego dnia oprócz niedzieli. Z Katowic mieli jechać do Tychów, nie pojechali. Podczas koncertu, zaczął padać deszcz, który padał przez trzy dni, i który spowodował największą powódź jaka nawiedziła nasz kraj. Nazwano ją powodzią tysiąclecia 🙁 . W związku z przeżywaną tragedią wielu tysięcy ludzi, postanowiłem na jakiś czas odpuścić pływanie, by nie bawić się na wodzie która tak wielu ludziom odebrała wszystko , albo bardzo wiele. Taki malutki gest solidarności.

Na wodę ruszyłem 15 sierpnia , gdy wysokie wody już dawno spłynęły. Pojechałem do Konina i ruszyłem najpierw na północ kanałem Warta-Gopło, dalej Górnym Kanałem Noteckim i Notecią i Wartą do Gorzowa. W Gorzowie zaryzykowałem marsz z kajakiem (szklakiem jedynką) na wózku do rogatek miasta, licząc na złapanie stopa w kierunku Konina. Dotarłem do jakiejś stacji paliw, widząc jedynie drwiące uśmieszki kierowców,przejeżdżających obok mnie ciężarówek. Na owej stacji trafił się gość, grzebiący coś tam koło koła swojego auta. Zacząłem, go zagadywać, w końcu pomagać coś tam naprawiać, aż w końcu udało się „podleczyć” auto którym można było ruszyć w drogę. Gość zgodził się mnie zabrać, choć gdy mu pokazałem mój bagaż, pozostawiony po drugiej stronie ulicy, trochę się zmieszał. Nie było już dla mnie ważne, że najpierw pojedziemy w przeciwnym kierunku, bo do Bydgoszczy gdzie, podreperowano mu auto już bardziej profesjonalnie, następnie jeszcze gdzieś na załadunek i w końcu tam gdzie mnie najbardziej pasowało wysiąść. Było to nad kanałem Noteckim w Inowrocławiu Mątwach i było to po północy. Nie mogłem w tym miejscu zostać na noc tak więc z murka, o wysokości większej niż 120 cm. nad poziomem rzeki, jakoś umieściłem się w kajaku i odpłynąłem w środku nocy jakieś dwadzieścia minut za most. Rozbiłem namiot i lulu. Przed szóstą rano obudziły mnie głosy wędkarzy. Byłem zły, ale uznałem, że to może i lepiej jak zejdę tak wcześnie i popłynę. Okazało się że całodzienne płynięcie z pokonaniem kilku śluz linią brzegową , którego dystans wyniósł 67 km. zajęło mi czas prawie do 21-szej. Prawie o zmroku, wszedłem na plac chłopka u którego zostawiłem auto. Nie chciał mi go wydać, bo mnie nie umiał rozpoznać po tygodniu, jednak piwko które mu dałem, odświeżyło mu pamięć 🙂 . Wsiadłem w auto i jako że była sobota, pojechałem do Kalisza, gdzie zanocowałem w tymże aucie na parkingu obok Prosny. W niedzielę spłynę brakujący mi na mojej mapce pięciokilometrowy odcinek rzeki z Kalisza do Kościelnej Wsi. Plan zrealizowałem z samego rana. Pozostało tylko autobusem wrócić do Kalisza po auto, do Kościelnej Wsi po kajak i można wracać do domku 🙂

Do grudnia już nie pływałem, dopiero na Barbórkowym Wyścigu na jeziorze Rybnickim. W tym roku w ciągu 26 dni przepłynąłem 860 km. które na moim ogólnym liczniku podwyższają wynik do  16153 przepłyniętych kilometrów.

WP_20140419_020                                                                                 moja mapka po roku 1997

                                          Rok 1998

Zacząłem wraz z Piotrkiem wcześniej niż w latach poprzednich, bo już pod koniec lutego na „Korkowej” Brdzie.  Spływ zimowy, ale bez śniegu. Brda jak zwykle ładna. Mój trzeci raz w dziesiątą rocznicę pierwszego raza 😉

img651                                                                          Porozmawiać czasem trzeba 🙂

img650aa                                                                              No to sobie płyniemy

img652                                                                 Czyżby Piotrek się wyłamał? Nie pamiętam…

Pod koniec kwietnia służbowo trasa do Gdańska, zabieram kajak i spływam sobie nową dla mnie rzeczkę- Redę od Zamostnych do Mrzezina. Podobała mi się rzeczka, brakło tylko czasu , by dopłynąć do Bałtyku 🙁

Cztery dni później z Piotrkiem i Bogdanem jedziemy na Widawkę, zaczynamy w Gomunicach i do ” Gierkówki” jest ciężko, później już łatwiej, czasem szybko płynący kanał w betonowej rynnie, to efekt okolicy – odkrywkowej kopalni węgla brunatnego ” Bełchatów”. Piotrek kierowca, my kajakarze 🙂

img653                                                                                                   Na Widawce

Na tym spływie mamy przygodę motoryzacyjną. Byliśmy autem Piotrka, którym gdzieś na leśnych bezdrożach uszkadza miskę olejową. Wycieka olej 🙁 . Na szczęście w Bełchatowie Piotrek ma rodzinę. Tam wszyscy nocujemy w czasie, w którym schnie poklejona jakimś specyfikiem miska. Operacja udana, następnego dnia płyniemy i jedziemy dalej 🙂 Czas majówki pozwala nam dopłynąć do Warty, a tą jeszcze kilka kilometrów do Pstrokoni.

Dwa tygodnie w domu i jesteśmy na OSK Skawą, tradycyjnie z Zembrzyc do Zatoru z półmetkiem w Czartaku

img655                                                                                 W Czartaku było fajnie

img654                                                            Córka i mama patrzą smuto, chyba odpłynąłem 😉

Trzy tygodnie później jadę z Piotrkiem na Osobłogę, rzeczkę która nie robi na mnie żadnego wrażenia. Taka sobie na jeden raz. Spływamy ją jednego dnia od Racławic Śląskich do Krapkowic Otmętu nad Odrą.

Czterodniówkę Bożego Ciała zaczynamy na Drzewiczce w Petrykozach i płyniemy (ja , Piotrek , Bogdan i chyba też Krystian P.)  do Nowego Miasta nad Pilicą. To dwa dni wędrówki, a drugie dwa spędzamy na  Czarnej. Płyniemy z Sielpi  do ujścia do Pilicy. Ładna rzeczka .

Tydzień później jesteśmy na OSK Rudą z Rybnika Szczejkowic do Rybnika Stodół.

Kolejny tydzień OSK Trzech Zapór, na tradycyjnym odcinku z Żywca do Oświęcimia

Na wakacje jedziemy z Piotrkiem, Markiem Krzywonosem i moją żeńską częścią rodzinki, na dopływy Bałtyku zaczynając na Łebie w Kożyczkowie, a kończąc w Łebie.

img265                                                                      wszyscy wpatrzeni w mały bałagan

img266                                                                                       Na Łebie

WP_20151211_014                                                                                          Laba nad Łebą

img268                                                                  Jest dowód na to gdzie jesteśmy 🙂

img269                                                                                     jeszcze tylko się posilić…

img267                                                                               …i można wyciągnąć kajaczek w Łebie

Po czterech dniach na Łebie i w Łebie, jedziemy na Słupię zaczynając w Gowidlinku a kończąc w Ustce.

img274                                                                                         Na szlaku Słupi

img272                                                                                       wieczorowo ogniskowo

img271                                                                              porankowo śniadankowo

img273                                                          Pora popłynąć dalej na szlaku Słupi

img275                                                                              Po Rynnie Sulęczyńskiej

img276                                                                              byliśmy na Słupi 🙂

img277                                                                                  W Ustce wieje i dmucha

Słupia wraz z odpoczynkiem w Ustce to kolejne pięć dni. Następny szlak to Grabowa, dopływ Wieprzy.

img278                                                             Trudna droga była do Chomieca nad Grabową 🙂

img279                                                                                Biwaczek nad Grabową

img280                                                                 Tu też znaleźliśmy tabliczkę rzeczną

Po spłynięciu Grabowej , którą wpłynęliśmy do Wieprzy a tą do Darłówka , korzystając z pięknej pogody zostajemy sobie dwa dni na terenie należącym do Telekomunikacji Polskiej (Marek załatwił) na regenerację słoneczną i kajakową.

img281                                                             Naprawa kajaka trwa w najlepszą pogodę 🙁

Po tym cudownym wypoczynku, jedziemy na kolejną rzekę którą jest Radew. Dojeżdżamy do jeziora Kwiecko, rozbijamy się nad nim a rano brzeg jeziora oddalony jest od nas kilkadziesiąt metrów. To skutek działania elektrowni szczytowo-pompowej w Żydowie. Spływ Radwią do Karlina , do  Parsęty zajmuje nam trzy dni.

img284                                                                                           Na Radwi pod mostem…

img285

…i na moście 🙂

img286                                                                                             to ten most 🙂

WP_20151211_015                                                                                Pogoda się popsuła

Daliśmy jej jednak szansę na poprawę, której ta nie wykorzystała i nie zmieniła się do następnego dnia.

img287                                                  miał być kawałek Parsęty, ale nastąpił odwrót, jedziemy do domu.

Następne płynięcie grudzień- OBWK Rybnik 1998, bilans minionego roku to 826 km.w 33 dni. Od początku pływania 16979 km .

IMGP9167                                                                                   mapka po roku 1998

                                             Rok 1999

Zaczyna się baaaaardzo późno, bo dopiero majówką. Gosia z Magdą i ja z Bogdanem. Jedziemy przenocować nad Dunajcem by rankiem przemieścić się nad Żabnicę/Breń i w ciągu dwóch dni popłynąć tymi ciekami do Wisły.

img288

Obudziliśmy się tutaj, nad Dunajcem

img290                                                                                 A startujemy tutaj w Żabnie

WP_20151211_017                                                                           Magda coś nam śpiewa na biwaczku 🙂

img407                                                                                   takim sobie biwaczku

img291                                                                       Wystartowaliśmy drugiego dnia…

img406                                                                       … i dopłynęliśmy do Wisły

img408                                                              zaraz pojedziemy na drugą rzeczkę

Po zakończeniu Breni, podjechaliśmy nad Łęg do Raniżowa i w ciągu dwóch dni dopłynęliśmy nim do Wisły.

img410

na Łęgu

img411                                                                    Promujemy się przy ujściu Dunajca

img412                                                                    … i zwiedzamy Sandomierz…

img415                                                                    … i Baranów Sandomierski

Cztery dni później, udało mi się służbowo wyjechać na Podkarpacie i przepłynąć Jasiołkę z Równego do Jasła, tam gdzie uszła do Wisłoki.

Tydzień później OSK Skawą, my przepłynęliśmy tylko pierwszy etap z Zembrzyc do Czartaka i nie chcąc moknąć drugiego dnia, zamiast płynąć pojechaliśmy na zwiedzanko Wadowic.

img416                                                                             w drodze na pierwszy etap

img417                                                             zadowolone małolaty w Zatorze

img418                                                                          coś tam nam Marek wręcza 🙂

img421                                          W drodze do domu zdobyliśmy jeszcze zamek w Wygiełzłowie 🙂

Na Skawie i wielu innych poprzednich spływach po trudniejszych rzekach, mój kajak doznał sporo uszczerbku swojej poliestrowej powłoki, którą postanowiłem uzupełnić przed kolejnym spływem, na który mieliśmy wyjechać po dwóch tygodniach.

img425                                                         Jak widać ubytek w dnie był dosyć spory 🙁

Dwa tygodnie tym razem minęły błyskawicznie, i gdy przyjechał do mnie Bogdan w dniu wyjazdu, ja jeszcze babrałem się w kleju. Wyjechaliśmy w trójkę (jeszcze Piotrek) do Leśnej, na Kwisę. Pierwszy etap musieliśmy skrócić, bym mógł korzystając z dobrej pogody, połatać wciąż przeciekające miejsca na dnie mojego kajaczka…Za to pozwiedzaliśmy…

img429                                                                       …najpierw Zaporę Leśniańską…

img430                                                                              …później zamek Czocha…

img428                                  W Złotnikach Lubańskich nad  Kwisą wypatrzyliśmy taką wieżę straceń-szubienicę

img426                                                                          Na Kwisie blisko ujścia do Bobru

img427                                                                                           … i jeszcze bliżej 🙂

Tym razem nie przejeżdżamy nigdzie indziej, tylko Bobrem płyniemy dalej przez Żagań…

img431                                                             …gdzie akurat szykuje się jakaś impreza

…a my dalej-(kanałem nie starorzeczem)  do Krosna Odrzańskiego, czyli do ujścia Bobru do Odry.. Stamtąd jedziemy na Kaczawę do Złotoryi , robiąc po drodze fotki w ciekawych miejscach Kożuchowa…

img434                                                                                       W Kożuchowie

img435                                                                                  lub gdzie indziej 😉

Kaczawę popłynąłem  chyba sam, chłopakom nie przypadła do gustu (o ile dobrze pamiętam), wpływam nią do Odry a tą kawałeczek do Glinian. Jedziemy następnie na Ślęzę, zwiedzając po drodze już całkiem pod wieczór…

img438                                                                                     Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy

Nocujemy gdzieś w okolicy Rogoźnicy, by następnego ranka zajrzeć jeszcze na…

img439                                                                                            …Zamek Grodno

Tego dnia odwiedzamy jeszcze Walim a w nim kopalnie „Silberloch”, następnie jadąc przez Park Krajobrazowy Gór Sowich wbiegamy szybko na Wielką Sowią a na niej na wieżę widokową.

img442                                                                  przez Park Krajobrazowy Gór Sowich

img441                                                                                       …i na Wielkiej Sowiej

Ślęzą spływamy tylko z Popowic do Wrocławia, na tej rzece ciągle brakuje wody 🙁 , i tak dziewięciodniowa wycieczka już za nami, a pięć dni później jesteśmy już na OSK Rudą. W tym roku znowu jeden etap: Szczejkowice-Stodoły.

img443                                                    Etap kończył się na wyścigiem po jeziorze Rybnickim

Dwa tygodnie później jestem na OSK Trzech Zapór. Dwa pełne etapy: Żywiec – Oświęcim

img195                                                                       Na jeziorze Żywieckim kapoki obowiązkowe 🙂

Miesiąc później z Piotrkiem i M.Krzywonosem (†) , Gosią i Magdą jedziemy na wakacyjne pływanie. Najpierw po Baryczy z Uciechowa.

img197                                                                                                 Na Baryczy

img198Obok tego mostu biwakowaliśmy , a chłopaki na stopa złapali kombajn „Bizon” i pojechali do pobliskiej wioski 🙂

Barycz dała nam popalić, szczególnie niskim stanem wody, która nagle w okolicach Milickich Stawów prawie wyschła…

img199                                                                                  takie zabytki nad Baryczą

Udało nam się jednak dopłynąć do Odry którą już spokojnie podpłynęliśmy do Głogowa 🙂

img201                                                                                            W Głogowie

Z Głogowa jedziemy nad Obrę, którą spływamy na dwóch odcinkach. Najpierw z Mogilnicy do Gryżyny, następnie z Sępna do Wilanowa. Mamy tutaj znowu jakieś przygody, gdzie woda nagle zaczyna zanikać, później pojawia się płynąc w nie właściwym kierunku, na szczęście Gosia przejeżdża przez most pod którym kończymy i jedziemy do miejsca z którego już damy radę popłynąć czyli do Błocka.

img204                                                                                              Na Obrze kanałowej

Dopływamy do Międzyrzecza skąd odjeżdża od nas Piotrek, a my jedziemy coś pozwiedzać i przepłynąć się kawałeczek Paklicą. Tylko kawałeczek, bo zabiera nam ona za dużo czasu a mamy w planie inne priorytety 😉

img208                                                                                     Zamek w Międzyrzeczu

img207                                                                    Zwiedzamy Międzyrzecki Rejon Umocniony

Byliśmy również na zamku w Łagowie, a Paklicę spłynęliśmy z Szumiącej do Kuźnika. Następnie był powrót na Obrę do Międzyrzecza i płynięcie według mnie najciekawszym odcinkiem tej rzeki. Dopłynęliśmy do ujścia w Skwierzynie.

img209                                                                                        Na Obrze

Następną rzeką która zaplanowałem na ten wyjazd była Rurzyca , Papieski Szlak który my spłynęliśmy od Trzebieszek do ujścia w Krępsku. Super fajna, czysta rzeczka :). Jadąc na Rurzycę obejrzeliśmy sobie jeszcze zamek w Sierakowie.

img210

w  Sierakowie nad Wartą

img211                                                                                       Start na Rurzycy

img212                                                          rzeka zaprowadziła nas w ciekawe miejsce 🙂 nad jeziorem

img215

na Rurzycy

Następnego dnia podjechaliśmy na Dobrzycę, kolejną ładną rzeczkę, którą spłynęliśmy od Ostrowca do Dobrzycy.

img216                                                                          Ładny biwaczek pod drzewkiem

Ostatnią rzeką tego wyjazdu była Parsęta. Gosia zawiozła mnie z Markiem do Storkowa. Zeszliśmy na wodę umawiając się gdzieś przy moście paręnaście kilometrów dalej. Rzeka okazała się bardzo uciążliwa, a na dodatek przy jakichś stawach hodowlanych zniknęła nam woda. Przepłynęliśmy ledwo jakieś trzy kilometry.Obok przenoski, stał dom właścicieli stawów. Bardzo zdziwiona naszym widokiem pani, poinformowała nas , że tędy nikt kajakami nie pływa bo to nie możliwe. Pozostało jakoś skontaktować się z Gosią :(. Od słowa, do słowa pani powiedziała nam , że blisko miejsca w którym byliśmy z Gosią umówieni jest leśniczówka. Udostępniła nam też telefon i numer do leśniczówki i udało się. Leśniczy powiadomił Gosię gdzie ma po nas wrócić. Odnalazła nas 🙂

img217                                                                                Gdzieś nad Parsętą

Nad Parsętą mieliśmy kilka przygód. Na biwaczku widocznym powyżej jakaś wściekła, czy chora krowa zaczęła atakować rano nasz namiot rycząc w niebogłosy…

img218                                                       Jestem gotów do obrony naszej ekipy 🙂

Po przedostatnim etapie Gosia chciała dojechać leśną ścieżką nad samą wodę. Po drodze była kałuża, w której auto pozostało na dłużej. Aż do naszego dopłynięcia. Trzeba było poszukać pomocy. To było 15 sierpnia więc święto, obawiałem się że będzie ciężko kogoś znaleźć. W końcu dojrzałem gościa grzebiącego coś przy wielkim traktorze w dużej stodole. Zacząłem mu opowiadać o co mi chodzi, na co on przywołał swoich tłumaczy. Był Niemcem. Musiałem jeszcze raz przytoczyć opowieść skąd się tu wziąłem i po co,  co jak widziałem rozśmieszyło ich znacznie a gdy w ich dialogu było słychać słowo Parsęta, znacząco stukali się w czoło z jeszcze większym uśmieszkiem. Odpalił traktor i pojechaliśmy nad rzekę. Zapiąłem łańcuch o hak holowniczy i już byliśmy uratowani. Jedynie następnego dnia, musieliśmy troszkę dalej nosić nasze bagaże ;). Można było popłynąć. Ostatni etap – do Kołobrzegu.

img220                                                           wracam od Bałtyku do Mostu Portowego w Kołobrzegu

img221               jeszcze tylko szybki spacer po mieście i można jechać na kilka dni do Sianożętów pooddychać jodem 🙂

Mamy jeszcze w planie zwiedzanie Torunia w drodze powrotnej do domu podzielonej na dwa dni podróży…

img225                                                                       Poranek w drodze do Torunia

Trzy godziny spacerujemy po toruńskiej starówce, a w tym czasie ktoś robi włam do naszego auta i obrabia nam co nieco z dobytku. Na szczęście tylko co nieco. Uff. Przygodowy wyjazd 🙂

Po trzech tygodniach już we wrześniu, postanowiłem zakończyć zaległość sprzed wojska, którą beze mnie (gdy byłem w wojsku) skończył Rysiek K. Małą Panew .Wiem, że zajęło mu to dwa listopadowe weekendy. Pojechałem zatem z bagażem. Zawiózł mnie Piotrek jadący do rodzinki w Krapkowicach. Gdy zszedłem na wodę w Zawadzkich od razu zauważyłem zmianę jakości wody w stosunku do roku 1988, w którym odbyliśmy z Ryśkiem nasz pamiętny spływ tą rzeką. Wody też nie brakowało i fajnie mnie niosła…

img230                                                                          upierdliwa przenoska w Ozimku

Podobało mi się tempo płynięcia na tyle, że pomyślałem, że może nie będę musiał nocować nad rzeką, tylko u rodziny Piotrka. Znalazłem budkę telefoniczną i dałem mu znać, że jestem już blisko… Później okazało się , że za wcześnie się ucieszyłem. Mała Panew wpływając w jezioro Turawskie rozdzieliła się na kilkanaście płyciutkich stróżek i tak trzeba było deptać prawie do połowy jeziora do miejsca z którego można było popłynąć dalej 🙁

img229                                                                  wpływam na jezioro Turawskie

Do mostu w Czarnowąsach dopływam już po zmroku. Słuchowo odbieram dwa sygnały, pierwszy to dźwięk jakiegoś progu pod, lub tuż za mostem. Drugi to głos Piotrka doprowadzający mnie do bezpiecznego brzegu. Niezły etap, według moich ówczesnych obliczeń 63 km. Skorzystałem bo dzięki temu miałem miły wieczór przy grillu w Krapkowicach 🙂

img234

Mogłem za to na drugi dzień pozwiedzać Krapkowice

Ostatni spływ w 1999 roku to grudniowy wyścig rybnicki, po którym licznik roczny wynosi 1077 km. 39 dni na wodzie

WP_20151213_002                                                 Polska Południowa dostała jakiś pucharek od Władka 🙂

 

IMGP9168                                                                     mapka po 1999 roku; licznik ogólny 18056 km.

 

                                         Rok 2000

Ten kończący XX wiek rok rozpoczynamy majówką na Iłżance i Radomce. Ja, Piotrek , Bogdan i moje dziewczyny. Zaczynamy w Iłży pod zamkiem.

img193                                                                obowiązkowa fotka pod zamkową wieżą

img444                                                                                            …i na starcie

img445                                                                                          Na Iłżance

Dwa dni spędzamy na Iłżance i dopływamy nią do Wisły gdzie nocujemy przed dalszą drogą

img446                                                             taki nasz biwaczek nad Wisłą przy ujściu Iłżanki

Stąd jedziemy na małe, jednodniowe zwiedzanko, zaczynając od Janowca nad Wisłą…

img448

Zamek w Janowcu nad Wisłą

Następnie promem przepływamy do Kazimierza nad Wisłą skąd jedziemy jeszcze do Puław by też je pozwiedzać.

img452                                                                               W Kazimierzu nad Wisłą

img454                                                                         Świątynia Sybilli w Puławach

Jadąc dalej w kierunku Wieniawy na Radomkę, wpadamy jeszcze do Czarnolasu by zobaczyć dworek Jana Kochanowskiego.

img455                                                                                     Dwór w Czarnolesie

Radomka na pierwszym odcinku okazuje się nie ciekawą, śmierdzącą padłymi rybami rzeką, która po kilku kilometrach całkiem nam gdzieś znika. Udaje nam się ją jednak odnaleźć kawałek dalej, a zaginięcie to miało swoje wytłumaczenie budową w tym miejscu Zalewu Domaniowskiego, którego otwarcie nastąpiło w rok po naszym przepłynięciu.

img456                                                                                                 Na Radomce

Maj tego roku rozpoczął się gorącą aurą, a my na Radomce spędziliśmy trzy dni dopływając w końcu do Kłody nad Wisłą

img457                                                                       gorący poranek nad Radomką 🙂

Jako, że oprócz pływania, kierowcą też się coś należy z takiego wyjazdu, to wracając do domu oglądamy jeszcze po drodze Szydłowiec z jego ładnym ratuszem, słynny dąb Bartek i ruiny huty z I połowy XIX w. w Samsonowie

img459                                                                                      Ratusz w Szydłowcu

img460                                                                                          Dąb Bartek

img461                                                                       Wielki piec w Samsonowie

Tydzień później jesteśmy już na OSK Skawą. Odcinek tradycyjny z Zembrzyc do Czartaka etap 1

img462                                                                                     na boisku w Czartaku

img465                                                                         start do drugiego etapu do Zatora

img466                                                                            W Zatorze nas wyróżniają 🙂

Ponad miesięczna przerwa i wypływam w dniu Bożego Ciała na wakacyjną wycieczkę zaczynając na Przemszy w Mysłowicach z zamiarem dopłynięcia do ujścia Narwi, gdzie przyjadą moje Panie byśmy mogli pojechać sobie dalej na Warmińsko-Mazurskie wodne szlaki.

img467       Zapakowany i gotowy do wypłynięcia, a do tego cały mokry bo gorrrrrrący to był dzień

img468                                               Pa, pa i do szczęśliwego zobaczenia za 8 dni

Pierwszy dzień – ciężki dzień startuję o 10,30 i najpierw bez fartucha na warkoczu pod jednym z mostów, zalewa mnie ta wątpliwej jakości woda (jak na obrazku), o 13,45 wpływam na Wisłę , później przenoszenie przez  śluzę Dwory co bez wózka i w upale zajmuje mi godzinę z czego jedyny pożytek to ubytek sporej ilości napoi co w konsekwencji kajak robi mi lżejszym 😉 Kończę płynięcie o 18,10 za mostem kolejowym w miejscowości Miejsce. Na tym spływie nie istniał jeszcze stopień wodny Smolice.

Drugi dzień – po nocnych przelotnych deszczykach zaczynam płynięcie o 8,10  a godzinę później jestem już przy jazie stopnia wodnego Łączany którego pokonanie brzegiem zajmuje mi 1/2 godziny. Jeszcze kawałeczek i robię krótką przerwę na zakupy i szybki browarek w miejscowości Chrząstowice. O 11,15 mijam prom w Czernichowie, a o czternastej dopływam do progu, będącego częścią budowy stopnia wodnego „Kościuszko”. Nieco ponad godzinę zajmuje mi przenoska i obiadek po którym ruszam dalej. Nad głową zbierają się czarne chmury, ale póki co nie pada.     O 17,30 gdy mijam Wawel niestety już pada 🙁 Godzinę później dopływam do śluzy Dąbie, którą w ekspresowym tempie obnoszę płynąc w tempie 6 km/h do następnej śluzy – „Przewóz”, a właściwie do jazu na prawej odnodze, który obnoszę w równie ekspresowym tempie. Odpływam jeszcze 40 minut za przenoskę kończąc dzisiejsze płyniecie przy tabliczce z numerkiem 100. Jest godzina 20,30. Namiot rozbijam w trawie wysokiej na pół metra 🙂

Trzeci dzień- chłodny, pochmurny i ponury startuję 10 po ósmej, by w południe wyskoczyć do sklepu w Świniarach. O szesnastej z całkowicie zaciągniętego chmurami nieba zaczyna padać. Godzinę później mijam ujście Dunajca, a po kolejnej godzinie postanawiam zakończyć dzisiejsze płynięcie. Rozbijam namiot w deszczu, na piasku tuż przed ujściem Nidy. Zauważam , że od ujścia Raby pojawiają się na brzegach ciekawsze miejsca pod namiot, rzeka zaczyna wreszcie płynąć a po wpływie Dunajca jest jej całe mnóstwo (hektary wody 😉  ).

Czwarty dzień- budzę się o 6,30. Jest chłodno , Wisła paruje, ale przez mgłę przedziera się nieśmiało słonko. Wisły przybyło trzy centymetry. Startuję o 8,10 , to jakby tradycyjnie :). O jedenastej mijam most w Szczucinie i zaczyna padać. O 13,30 mijam ujście Breni, dwie godziny później ujście Wisłoki a 75 minut później kończę dzisiejsze płynięcie, bo mam dosyć moknięcia. Za mną 67 km. i ciągle pada 🙁  . O 17,30 stwierdzam, że nie mam co robić i się nudzę 🙂

Piąty dzień- wstaję o siódmej. Zimno i wietrznie, ale wychyla się zza chmur słonko. Startuję tradycyjnie 😉 , o jedenastej płynąc slalomem między szlakowymi miotełkami, dopływam do Tarnobrzegu wyskakując tam do sklepu i do budki telefonicznej, by zdać żonie krótką relację z podróży. O 12,45 mijam plac w Sandomierzu na którym rok wcześniej Mszę Świętą odprawił Papież Jan Paweł II . Na brzegu widzę dwa namioty i dwa składane kajaki. Machamy sobie nawzajem z członkami ich załóg. 45 minut później dostrzegam wpadający Łęg, a po kolejnej pół godzince do „hektara” Wisły wpada pół hektara Sanu. Odtąd przede mną na dystansie około ośmiu kilometrów nic innego tylko półtora hektara wody. Nad głową ciągle cumulusy, ale ze słońcem w tle. Mijam piękne wzgórza kredowe przed Annopolem i kończę po dziesięciu  godzinach płynięcia i dystansie 74 km. gdzieś na piasku na wysokości Popowa. Gdy jestem już rozbity zza ciemnych chmur pojawia się słonko, tylko po to by ładnie sobie zajść za horyzont :).

Szósty dzień – Budzę się o szóstej. Zimno i pochmurno jak przedwczoraj, ale przynajmniej bezwietrznie i pierwszy raz nie padało w nocy.Tak więc zmieniam tradycję i schodzę na wodę już o 7.10 . Przed południem po raz pierwszy ukazuje mi się zamek w Janowcu, później dziesięciominutowe gradomordobicie i w końcu widok starego wiatraka koźlaka na samym szczycie piaskowego wzgórza przed Kazimierzem nad Wisłą. Pogoda sprawia , że miasto jest prawie puste, robię niezbędne zakupy i o czternastej płynę dalej. Metę ustanawiam sobie dzisiaj o 16,30 bo wiatr ostro wieje w twarz, tworząc grzywacze z fal. Po przepłynięciu 68 km  Jestem na 379 km. szlaku Wisły. Nad głową co jakiś czas słyszę dźwięk Iskier z Dęblińskiej Szkoły Orląt.

Siódmy dzień – Jest sódma, wiatr wstał dzisiaj wcześniej niż ja, jest zimno, ale za to na niebie ani jednej chmurki. Godzinę później startuję, a po kolejnych dwóch mijam most drogowy w Dęblinie. Jeszcze ponad godzinka i schodzę z wody, bo wiatr nie pozwala płynąć. Trafia się bardzo fajne miejsce (okolice Prażmowa), jest nawet złożone drzewo przy miejscu pod ognisko. Rozpaliłem ogień i podsuszyłem mokre ciuchy. „Atakuje” mnie tutaj bardzo ciekawski źrebak. Półtorej godziny później, gdy wiatr lekko odpuszcza ruszam dalej. Kwadrans przed siedemnastą mijam ujście Radomki, a dwie godziny później rozbijam namiot na 446 km. szlaku. Za mną 67 km. podczas pokonywania, których musiałem zatrzymywać się jeszcze trzy razy z powodu zbyt silnego wiatru w twarz i jednej deszczowej nawałnicy :(. Słonko znowu wyszło, by ładnie zajść, mam jednak wrażenie że nastąpi przełamanie i od jutra poprawi się pogoda.

Ósmy dzień – Zaspałem 😉  7,30 Piękny słoneczny poranek. Ładnie grzeje , startuję godzinę po pobudce, a półtorej godziny później osiągam ujście Pilicy. Płynę nią pod prąd do mostu pod którym w 1998 roku skończyłem płynięcie Pilicy. Będzie można zamalować całą 😉 . O 12,30 robię sobie przerwę pomiędzy mostami Góry Kalwarii. Po raz pierwszy o piętnastej na horyzoncie pojawia się sylwetka PKiN w Warszawie. Stolica broni się jednak przede mną silnym wiatrem na prostej z Chudym Wojtkiem. Znowu pauzuję. Po tej przerwie, o osiemnastej dopływam do obiektu WTW na 511 km. gdzie dzięki gościnności bosmana mam zamiar przenocować. Zamiar mam, ale nie bardzo się to udaje. Nie ustający hałas jeżdżących bez chwili przerwy samochodów nie pozwala mi zasnąć.

Dzień dziewiąty – ostatni 🙂 Po nie przespanej nocy, wstałem o szóstej sprawdzić pogodę. Pochmurnie i wieje i nie widać szans na poprawę 🙁 Robię sobie niezbędne zakupy i o dziewiątej na wodę. Płynie się monotonnie i sennie, aż do momentu w którym wpada do Wisły Narew i pojawia się most pod którym mam metę i spotkanie z żoną. Tyle tylko że to spotkanie to dopiero za pięć (?) godzin. Jest słonecznie , ale wietrznie godzina 21 a żony nie ma . Stres, brak możliwości jakiejkolwiek reakcji. Siedzę ubrany we wszystko co mam ze sobą pod mostem w Zakroczymiu i nie wiem co z dziewczynami 🙁 . Okazało się, że źle się dogadaliśmy i Gosia czekała na mnie przy moście przed ujściem Narwi, jakoś się dowiedziała o kolejnym , tym moim i domyśliła się że tam zapuszczam korzenie. Znaleźliśmy się o 21,30 i ruszyliśmy do Dąbrówna na Wel.

Już w drodze zaczęło padać i z chwilowymi tylko przerwami padało przez cały następny dzień, dlatego dzień ten spędziliśmy pod namiotem…

img470

…głównie na jedzeniu i obmyślaniu co by tu jeszcze przepłynąć w okolicy

Płynięcie Welą do ujścia do Bratiana zajęło mi trzy dni…

img471                                                                                   jezioro Grądy

img472                                                                                  Na rzece Wel

W czasie przejazdu na kolejną rzekę, tym razem Łynę, zaglądamy na ruiny zamku w Kurzętniku i na pola Grunwaldu, gdzie za tydzień odbędzie się rekonstrukcja bitwy sprzed 590-ciu lat.

img473                                                                                        W Kurzętniku

img474                                                                                           Grunwald

Łynę zaczynam płynąć na jeziorze Kiernoz Wielki, a na jeziorze Łańskim zostaję zatrzymany przy cyplu ośrodka rządowego. Tłumaczę się co tu robię i gdzie jestem umówiony z żoną, i po chwili niepewności w czasie której gostek z „kałachem” dzwoni do „góry” a ta zezwala mi na dalsze płynięcie. Uff 🙂

img476                                                                          Na jeziorze Kiernoz Wielki

Po wypłynięciu z jeziora Łańskiego i minięciu jeziora Ustrych wpłynąłem w przełom Łyny. Niezły kawałek szybkiej zadrzewionej rzeczki. Hardkorowe płynięcie trwało do miejscowości Ruś, gdzie zanocowaliśmy gdzieś koło jakiegoś boiska do siatkówki. W nocy oczywiście lało, a przebudzenie było wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju…

img477                                                    …Cały przedsionek i namiot zalany był jakąś dziwną pianą 🙂

Łyną płynę za Olsztyn, do ujścia Wadągu który będzie moim kolejnym szlakiem do spłynięcia.

img702                                                                                  Łyna w Olsztynie

Jedziemy nad jezioro Dadaj skąd zacznę płynąć do jeziora Wadąg.

img478                                                           znak na wodzie gdzie dziś będziemy biwakować- jezioro Wadąg

Po wpłynięciu drugiego dnia na Łynę, płynę nią do Lidzbarka Warmińskiego skąd przerzucimy się do miejscowości Lutry na rzekę Symsarna, która w tym mieście wpada do Łyny

img703                                                       Biwakowanie nad jeziorem Luterskim

Początek w Lutrach na krystalicznie czystym jeziorze Luterskim zapowiadał superową wycieczkę. Niestety za jeziorem zaczęło się psuć. Woda gdzieś zniknęła, szukałem jej dobre 1,5 km. znalazłem, ale dopłynąłem do jakiejś syfiastej wody. Nieciekawie. Na miejsce spotkania nad jeziorem Symsar spóźniłem się ponad dwie godziny 🙁

img704                                                        …i wyglądałem mało ciekawie 🙂

Miałem nadzieję, że najgorsze już za mną, ale niestety drugi dzień wcale nie był lepszy. Wody coraz mniej. Za jedną z małych elektrowni wodnych trzeba było już brodzić po wodzie, a dalej była jeszcze jedna elektrownia. Poddałem się kończąc w Medynach. Dwa dni 32 kilometry, porażka 🙁 Dla poprawy nastroju zwiedzamy 🙂

img706                                                                    Najpierw Lidzbark Warmiński

img707                                                                                            Morąg

img708                                                                                       …i Szymbark

Następnie płynę dalej Łyną aż pod granicę z Rosją do miejscowości Stopki. Po drodze spotykam liczną ekipę z Wiadrusa z Wrocławia i akurat wbija mi się w dno kajaka kawał ostrego pala. Nie mam taśmy, na szczęście Siachu ma reperaturkę z prawdziwego zdarzenia i pomaga mi usunąc usterkę. W aucie mam klej więc poprawię doraźną naprawę.

img710                                                                                Łyna w Smolajnach

img713                                                                                            Łyna w Smolajnach

img712                                                                                Pałac w Smolajnach

Dalej jedziemy do Zalewa nad jezioro Ewingi z którego przez Jeziorak i mały Jeziorak dopłynę do Iławy. Z Iławy  jedziemy na Liwę  od Jakubowa do ujścia w Białej Górze

img714                                                                                           Liwa

img721                                                                              Biwaczek nad Liwą

Przy okazji spływania Liwą zwiedzamy między innymi Kwidzyn, Olsztynek, Barciany, Św.Lipkę i Wilczy Szaniec

img715

Kętrzyn

img716                                                                                          Barciany

img717                                                       Makieta Wilczego Szańca w Gierłoży

img718                                                                                Święta Lipka

Z Białej Góry przeskok na śluzę Gdańska głowa, skąd Szkarpawą i Zalewem Wiślanym dopłynę do Kątów Rybackich

img722                                                                     Przy Śluzie Gdańska Głowa

img723                                                                          Port w Kątach Rybackich

Moja wędrówka z kajakiem w XX wieku właśnie dobiegła końca. Byłem wprawdzie w Rybniku w grudniu , ale tylko przywitałem się ze znajomymi i wróciłem z Piotrkiem do domu gdyż mieliśmy całonocne omówienie bardzo priorytetowej sprawy. To Był drugi Rybnik na którym nie byłem. Pierwszym był pierwszy 🙂

Po tym ostatnim tegorocznym spływie było jeszcze zwiedzanko , odpoczynek w Krynicy Morskiej i zwiedzanko w drodze do domu.

img724                                                                                                    Malbork

img725                                                                                       Muzeum Stutthof

img728                                                                                                Gniew

img727                              W Gniewie była akurat wystawa tronów na których zasiadał Papież Jan Paweł II podczas ubiegłorocznej pielgrzymki do Polski, za mną tron z Sosnowca gdzie byłem na spotkaniu z Papieżem  🙂

img729                                                                  Na koniec zamek w Świeciu nad Wdą

IMGP9169

W roku 2000 przepłynąłem 1268 kilometrów w 33 dni,co w podsumowaniu wieku XX daje wynik 19324 kilometry 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lata 1991-1995

Kowbojska historia pływania w latach 90-tych rozpoczęła się dopiero ósmego marca 1991 roku, ale na konkretnym spływie- na IVX OSK „Biała Dama” tym razem po Skawie. Moje płynięcie ograniczyło się tylko do odcinka Wadowice-Zator i umówienie się z Ryśkiem K. na prywatny odcinek górnej Oławy, by po jej spłynięciu przyłączyć się do V OSK Oławą -Odrą. W międzyczasie byłem jeszcze na XVII OSK „Powitanie Wiosny” na Nidzie. 19 kwietnia wsiadłem do zatłoczonego pociągu do Wrocławia, którym miał też z Krakowa jechać Rysiek. We Wrocławiu okazało się że go nie ma. Pomyślałem , że dojedzie następnym i udałem się do kolegi Kazia G. po umówiony kajak składany. Kaziu pomógł mi zataszczyć graty na dworzec, pojechałem do Strzelina. Było już koło północy a Ryśka niet :( Dwoma kursami pieszotkowymi zatargałem kajak, namiot i plecak pod most nad Oławą i tam też zanocowałem. Poranek przywitał mnie mżawką. Rozłożyłem jednak kajak i ruszyłem. Pogoda mnie nie rozpieszczała, fundując na przemian mżawkę, mały deszczyk i śnieżek z deszczem. Po drodze miałem kilka przenosek przez progi. Kajak był cały mokry, sprzęt w nim również, jego waga nie pozwoliła mi na przemieszczanie przez progi inaczej jak tylko przeciąganie brzegiem praktycznie po kilkanaście centymetrów stojąc nad nim okrakiem. Pod koniec dnia udało mi się dopłynąć do ostatniego mostu przed miastem Oława – do Jaczkowic. Chciałem tu zanocować, okazało się że wszystko mam przemoczone. Namiot, śpiwór, wszystkie ciuchy i jedzenie. Sam byłem przemarznięty. Porażka. Tuż obok mostu stał dom, zapukałem z prośbą o możliwość przenocowania, lub chociaż wysuszenia się. Gospodarz odesłał mnie około trzysta metrów dalej, gdzie mieścił się jakiś zakład pracy i obiecując że jeśli tam mi nie pomogą to mam wrócić. Poszedłem a portier-ochroniarz pozwolił mi się ogrzać częstując nawet herbatką. Po krótkim streszczeniu powodów mego tutaj pojawienia, dobry Pan kazał mi poznosić wszystkie mokre rzeczy. Wróciłem pod most, rozpakowałem kajak-pusty udało mi się zawlec na plac obok wcześniej odwiedzonego domostwa, plecak i namiot zabrałem do dobrego Pana , a on otworzył jakąś sporą żelazną szafę i kazał mi wrzucić w nią wszystkie rzeczy które chcę wysuszyć. Wrzuciłem wszystko, namiotu nawet nie kazał rozwijać. Załączył szafę , zahuczało, zaszumiało a my poszliśmy na kolejną herbatkę. Po pół  godzince wyjąłem z szafy wszystko suchutkie, łącznie ze złożonym namiotem 😀 . Mogłem położyć się na suchym materacu i okryć suchym śpiworkiem w jednym z udostępnionych mi pomieszczeń . Pan prosił mnie jedynie o zebranie się przed szóstą rano by ktoś z innej zmiany nie wiedział o moim pobycie. U tego dobrego człowieka po raz pierwszy w życiu poczułem, że ktoś uratował mi życie. Wcześniej było już ze mną naprawdę krucho.  Pobudka o 5,30 wystarczyła bym szybko się zmył wypijając jeszcze jedną- poranną herbatkę. Dzień zupełnie inny od wczorajszego, wprawdzie prawie zimno, ale słonecznie i bezchmurnie. Szybko odpłynąłem by spotkać spływowiczów ogólnopolskich. Niestety udało mi się to dopiero około kilometra przed metą ich pierwszego etapu. Tyle dobrze. Wiedziałem gdzie zanocować :-)  Na sali gimnastycznej w jakiejś szkole. Spotkałem sporo znajomych i… Ryśka K. – myślałem że go zabiję!!! Nie pamiętam już jak się tłumaczył, ale jak to u Ryśka, raczej nie widział problemu… Trzeci dzień już prawdziwie ze wszystkimi dopłynąłem do Wrocławia zdobywając nawet trzecie miejsce w wyścigu w F-2 po Odrze z niejakim „Robaczkiem” (nie pamiętam gościa :( ). O tym moim płynięciu miałem możliwość poczytać jeszcze w wydawanym w tamtych czasach biuletynie „Kajak i my”- o tym jak to można poniszczyć składany kajak, gdy się go nie szanuje na tak prostej i bez przeszkodowej rzece jak Oława.Autorem przypowieści był pewien wrocławianin Krzysztof B. nie znający historii mojego płynięcia. W następnym biuletynie poczytałem celną ripostę Marka Lityńskiego, który historię mojej Oławy znał. Faktem jest , że kajak którym mnie udało się przepłynąć cały ten szlak, po rozłożeniu na przystani Wrocławskiego „Wiadrusa” okazał się połamany i nie do ponownego złożenia, czego ja nie byłem świadomy i nad czym szczerze ubolewałem. 😥 Tydzień później wyjechałem na tygodniową majówkę z „Polkolorem” – na północ na zawaloną drzewami Studnicę, i troszkę mniej zawaloną Wieprzę z Miastka do Darłowa. Tu pogoda nas znowu nie rozpieszczała, pamiętam jeden dzień w którym nim się  przebraliśmy po przepłyniętym etapie z Krystianem P. z Jastrzębia wypiliśmy kieliszek po kieliszku całe pół litra rozgrzewającego 40% napoju. Cały tydzień było dosyć zimno, a my spłynęliśmy jeszcze górną Brdę – ze Świeszyna do Konarzynek. Rok 1991 był jednym z tych kilku (?), w których nie odbył się OSK Skawą, ponieważ dotychczasowy organizator- klub „Bryza” z Mysłowic zaprzestał organizacji a nowo zawiązujący się pierwszy prywatny klub kajakowy „Neptun” z Żor jeszcze jej nie zaczął. Tak więc w tym czasie postanowiliśmy w trzech Jastrzębiaków i ja popłynąć sobie prywatnie Odrę-od Olzy dokąd się da. Pogoda znów do bani, deszcz podnosił stan Odry z każdą chwilą, aż wyniósł ją do stanu mocno alarmowego. Skończyliśmy już w Bierawie :( Tydzień później pojechaliśmy z „Polkolorem” na  Poprad w ramach TDW z Leluchowa do Starego Sącza, a po nim klubowo Białkę Tatrzańską z Jurgowa do Frydmana. Niezła biała woda… Wieczór i noc przed Dunajcem spędzaliśmy nad Białką. Było ognisko i różne takie, w nocy odwiedził nas autobus Czechów, lub Słowaków z którymi nie za bardzo po północy umieliśmy się dogadać. Efekt końcowy był taki, że niewiele czasu po pójściu spać (około 4 nad ranem), obudziła mnie dziwna jasność i dziwne ciepło. Płonął nasz (Krystianowy) namiot. Wyrwany ze snu i oszołomiony tym co się dzieje, złapałem tylko wiaderko z przedsionka i zrobiłem ze trzy kursy z wodą chcąc ugasić pożar i krzycząc do Krystiana by się obudził. W tym momencie prezes złapał mnie za ramie mówiąc że Krystian jest już w autokarze i jedziemy do szpitala do Nowego Targu. Nie wyglądał najlepiej, było widać wyraźne ślady poparzenia na uszach, ale Krystian – Kilof to twardziel, nie skarżył się. Wróciliśmy na biwak, duża większość jeszcze spała, niektórzy nawet nie wiedzieli o zdarzeniu. Zacząłem robić segregację naszych rzeczy wyrzucając do ognia większość nadpalonego dobytku. Nasz zmieściłem ledwie w jakimś niedużym worku :( . Rano przed rozpoczęciem Dunajca zajrzeliśmy jeszcze do Krystiana , który wyglądał już nieco lepiej i w pierwszych słowach rzucił do mnie: „w namiocie była jeszcze flaszka”  :), uspokoił mnie tym tekstem- nie było z nim tak źle, a flaszka ? Faktycznie znalazłem zakręconą szyjkę, butelkę musiało rozsadzić, ktoś wspominał że było słychać jakiś wybuch, myślano o butli gazowej. Na szczęście butli nie mięliśmy. Krystian pobył tydzień w szpitalu,  a my popłynęliśmy Dunajec. Smutny ten Dunajec… To był mój – nasz ostatni spływ z „Polkolorem”  img646

 

 

 

na starcie do slalomu

img644                                                                                                 Na „Końskich Łbach” img647                                                 smutny puchar za 2 miejsce (podobno oszukane) Polkoloru…

Jako że , Krystian się kurował, a jego kajak (Tajmien) czekał na nas u dobrych ludzi w Bierawie nad Odrą, pojechałem go drogą wodną przetransportować do Opola. Tydzień później przez trzy dni spłynąłem nim dalej -do Wrocławia. Jeszcze tydzień i znowu dotykam Odrę, lecz tym razem w Kędzierzynie-Koźlu dopływając tam w ciągu jednodniowej wycieczki, Kanałem Gliwickim z Łabęd. Namówiłem na pierwszy jego spływ, kolegę z pracy a obecnie mojego Przyjaciela Piotrka S. z Katowic. Chyba mu się spodobało , choć blisko 40 km. na stojącej wodzie z przenoskami na siedmiu śluzach w palącym słońcu przyniosło sporo śladów na dłoniach i nie tylko. Po tygodniu po raz pierwszy w nowym (obowiązującym do teraz) terminie (koniec czerwca) byłem na XXV OSK Trzech Zapór po Sole, wreszcie rzeczywiście po Sole też aż do Oświęcimia.  W następny, już lipcowy weekend zabrałem tajmiena i pojechałem do Kluczborka- na Stobrawę. Było kilka drzew , ale tajmien to lekka łódeczka i łatwo można ją przenieść. Następny weekend to II OSK Rudą organizowany przez Neptuna z Żor. Z Żor do Kuźni Raciborskiej, rzeczka dość wymagająca i urozmaicona. Sporo drzew na drugim etapie-teraz już ich prawie wcale nie ma. Korzystając z dobrodziejstwa chwilowego posiadania składanego kajaka, pojechaliśmy z Piotrkiem na Ślęzę- jego drugi spływ , krótki spływ wspominany czasem do dziś. Na miejsce startu do Wilkowa Wielkiego dotarliśmy nocą. Zaczął padać deszcz i nie przestawał aż do rana. Gdy ustał zwinęliśmy mokry namiot i ruszyliśmy na podbój Ślęzy. Było ciężko, Ślęza to płytka rzeka, po przemęczeniu kilku kilometrów postanowiliśmy się rozdzielić. Piotrek miał dotrzeć w umówione miejsce stopem, ja kajakiem. Żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że na tak płytkiej wodzie mogę gdzieś utknąć złapawszy np. dziurę… Tak właśnie się stało po kolejnych paru kilometrach. Na kamieniu przerwałem powłokę w stopniu nie pozwalającym na naprawę w tutejszych warunkach. Udało mi się złapać tarpana (auto) , którym wraz  z rozłożonym kajakiem podjechałem około kilometra do głównej drogi. Zaczęło się rozpogadzać, słoneczko coraz śmielej przygrzewało, od gościa który mnie wiózł dowiedziałem się, że by dojechać tam gdzie miałem się spotkać z Piotrkiem to dwa autobusy i trochę stopa :( . Zacząłem powoli zwijać manatki, a tu autokar pksu. a w nim Piotrek. Pomachaliśmy sobie i tyle się widzieliśmy na tym spływie. To tu właśnie objawił się Piotrek-Przyjaciel. On tymi dwoma autobusami i dodatkowo dwoma stopami dotarł na miejsce spotkania czekając tam na mnie do niedzielnego poranka. Nie doczekał się :( . Nie było wtedy telefonów komórkowych a nasze przemyślenia wyglądały tak- moje: widział mnie, widział że się przebieram, domyślił się , że z rozwalonym kajakiem nie będę się przecież tłukł z przesiadkami na miejsce spotkania, pewnie pojechał do Wrocka i tam się spotkamy… Piotrka: rozpogodziło się, przebiera się w suchy ciuch i dopłynie do mnie tu gdzie się umówiliśmy… Straszna wtopa, ja wieczorem w swoim domku 😳 , Piotrek gdzieś w namiocie nad Ślęzą  :(   Jednak nie każdy Piotrk myśli tak samo, a (czasem) szkoda… Tydzień w pracy i jadę na tygodniowy samotny urlop. Tajmenem. W sobotę we Wrocławiu  schodzę na Odrę i płynę „dokąd się uda” 😉  . Udaje się do granicy z NRD. Na niemieckiej stronie przy ujściu Nysy Łużyckiej widzę małą jednostkę i kilku żołnierzy, na polskiej pustą budkę wartowniczą. Nawet wychodzę na brzeg by się rozejrzeć i zapytać ewentualnego WOP-isty o zgodę na płynięcie. Nie mam kogo zapytać. Płynę. Trzymam się naszej strony a po niemieckiej, co rusz przepływała motorówka z niemiecką strażą graniczną. Nic jednak ode mnie nie chcieli i dobrze 😉  Słyszę po raz pierwszy odgłosy „zgnitego zachodu” przepływając obok Eisenhuttenstadt i dalej aż do Świecka. Tu graniczny most, więc byłem prawie pewny zatrzymania, ale nic podobnego. Nikt mi nie zabronił płynąć dalej a zbliżał się już wieczór, więc postanowiłem gdzieś zanocować. Trafiło kawałek za Słubicami. Kajak zostawiłem na ostrodze, a sam zacząłem rozbijać namiot na stałym lądzie. Ledwo naciągnąłem tropik, a już podjechał do mnie gazik ze strażą graniczną. Panowie standardowo wypytali mnie co tu robię i skąd się wziąłem i kategorycznie zabronili dziś dalszego płynięcia nakazując przeczekanie do jutra na decyzję co do dalszej podróży. Bardzo odpowiadały mi takie zalecenia :)  Dostosowuję się do nich 😉 . Noc jest tak upalna, że ciężko zasnąć. Rozbieram się do samych slipek i próbuję, a gdy mi się to wreszcie udaję budzi mnie chrobot brzegowych kamieni. Szybko się ubrałem w czarny dres i podczołgałem do miejsca z którego przy księżycowej nocy mogłem dojrzeć kajak. Na szczęście był. Chrobot ustał. Ok, mogę iść spać.  Rano podjechali panowie w gaziku informując mnie że mam zgodę na płynięcie, mam tylko określić się ile czasu mi to zajmie i oflagować swoją jednostkę pływającą … Nie umiałem się określić-nigdy tu nie byłem 😐  , nie mam flagi 😥  Punkt pierwszy- ok. będę obserwowany 😉  , punkt dwa- mam już flagę- od panów z gazika, fajny gest. musiałem ją tylko trochę przyciąć i znaleźć odpowiedni patyk na maszt i już mogłem ruszać. Na koniec powiedziałem strażnikom o nocnym chrobotaniu, a oni że mieli zgłoszenie o tym zdarzeniu i po niemieckiej stronie zatrzymani zostali przemytnicy papierosów. Co ciekawe , rozbiłem się w kwadracie w którym notowanych jest najwięcej prób nielegalnego przekraczania granicy… No to szybko spływam z tego kwadratu.  Nie czuję się dziś samotny, bo przez dłuższą część etapu po wale na rowerku towarzyszy mi żołnierz straży granicznej. Będąc obserwowanym dochodzę do wniosku, że pozostawiony na brzegu kajak będzie bezpieczny czyli mogę udać się na drobne zakupki. Idę w jakiejś nadrzecznej osadzie, wzywany nagle gwizdem przez okno strażnicy WOP przez kolejnego żołnierza. Ten pyta standardowo skąd , dokąd i po co, mówię że mam zgodę, sprawdza telefonicznie i pozwala się oddalić. Po zakupach ruszam w dalszą drogę i już niepokojony przez nikogo, wieczorem rozbijam namiot pod jednym z granicznych słupów. Następny dzień jest spokojnym ostatnim dniem odcinka granicznego, pod wieczór dopływam do Widuchowej wbijając do książeczki kajakowej pieczątkę potwierdzającą moje płynięcie u pani „Sołtys wsi Widuchowa” :)…  Rozbijam się tuż za wioską, a nazajutrz (w sobotę) dopływam do jeziora Dąbie i przystani Wirów ze Szczecina, a oni mają klubowe spotkanie. Zostaję nocując w ich bazie i budząc się z niedopitym 5 litrowym baniaczkiem wina w objęciach 😛 . Niedziela krótki klubowy kajakowy spacerek po wodach Międzyodrza, po czym zawieziony zostaję przez jakiegoś życzliwego „Wiraka” na PKP i nocka w pociągu do domu i pracy. W domu jestem tylko trzy dni i postanawiam spróbować dokończyć zaczętą przed wojskiem Wartę. Jadę do Konina i płynę-jest  15 sierpnia. W ciągu czterech dni udaje mi się dopłynąć do Sierakowa. Ostatni dzień mocno wieje w twarz a tajmien nie lubi pod wiatr 😉  Wracam do domku na nie pełne dwa tygodnie, i na przełomie sierpnia i września biorę udział XV OSK Rawką. Startuję w wyścigu razem ze zdrowym już Krystianem. Zajmujemy 2 miejsce :) . Tutaj również słyszymy opowieść o tym jak to nad pechową Białką jakiś pijany tak bardzo był spragniony że położył się na brzegu i pił, pił, pił aż się utopił :( ; dwóch innych znowu zapaliło się w namiocie i jeden miast ratować kolegę to biegał z wiadereczkiem chcąc ratować swój namiot. Krystian się uśmiechnął i powiedział opowiadającej że tych dwóch to my , a ten zły to ja, z tym że namiot nie był mój tylko Krystiana… Wyjaśnione :)                W połowie września wróciłem do Sierakowa- na Wartę z Piotrkiem bo do trzech razy sztuka 😉  . Zajechaliśmy w środku nocy rozbijając namiocik na prawym brzegu naprzeciw domostw w których miesiąc temu pozostawiłem kajak na przechowanie. Domostwa te nie miały najlepszej opinii, ale kajak się uchował. Ruszyliśmy przepływając w te dwa dni 145 km. dopływając do Kostrzyna nad Odrą.Niezły wynik jak dla mnie, nie mówiąc o Piotrku i jego trzecim spływie… Śmiejemy się czasem wspominając , jak to próbowałem go zniechęcić do pływania najpierw palącym słońcem, później deszczem, płyciznami i porzuceniem gdzieś w lesie, a na końcu długim dystansem, a on nic- nie zraził się 😛 Miałem jeszcze jedną przygodę w Kostrzyniu-czekając na pociąg położyliśmy się na dworcowych ławkach a ja dostałem mandat od sokistów za trzymanie nóg na ławce w butach. Nowo kupionych dzisiaj butów 👿  Do pracy prosto z kajakiem troszkę się spóźniłem :) , dodam tylko że to już był mój kajak. Na Rawce zdobyłem się na odwagę, by powiedzieć Krystianowi , że nie mogę mu oddać kajaka bo przez okres jego chorowania troszkę mi się poniszczył i mu  ewentualnie odkupię nowy. Bez słowa protestu zgodził się 😆  Minęły cztery dni i w piątek całonocna przejażdżka do szczecińskich Wirów na ich „Babie Lato”, a już tydzień później pościgałem się na Ogólnopolskim Maratonie Polski Południowej na jeziorze Rożnowskim zajmując 2 miejsce w F-1. Następny tydzień to po raz kolejny „Złote Liście” , tam start w crossie wreszcie na dobrym kajaku udostępnionym przez Jacka T. ze skierniewickiej „Skierki”. Efekt był, stanąłem na najniższym stopniu podium. Następnego dnia spłynąłem sobie Radunię. Czując formę wybrałem się po tygodniu na Mistrzostwa Polski w Maratonie Kajakowym, miałem dogadany kajak (dwójkę) w dwóch znajomych klubach. Jechałem z Krystianem. Niestety na miejscu się okazało, że jeden nie dojechał w ogóle, a drugi przywiózł jedynkę. Krystian stwierdził, że nie popłynie ze mną na jedynce, a ja nie chciałem się ścigać bez niego. Stanęło na tym, że przepłynąłem turystycznie jedną pętlę trasy pokonywanej przez zawodników dwa razy. Pomiędzy jeziorami była przenoska, stał Krystian z kubeczkiem dopingowym 😉 , uśmiechnęła się do mnie ładna dziewczyna. Byłem zadowolony. Pod wieczór siedzieliśmy w barze sącząc piwko, gdy nagle zobaczyłem tą wcześniej spotkaną dziewczynę. Podlany z lekka piwkiem odważyłem się na podejście do niej i zagadanie. Okazała się być zawodniczką kajakarstwa, która z lekką kontuzją przyjechała tutaj tylko pokibicować swoim znajomym. Siebie przedstawiłem jako turystę poszukującym takiej właśnie dziewczyny na przyszłoroczny spływ Sanem. Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, ale ona powiedziała że przyjedzie… i przyjechała, a teraz jest już od 22 lat moją żoną 😀 . W Wałczu zmontowałem również grupę chętnych do przepłynięcia Ślęzy. Byłem ja, Rysiek K. Olek Doba, Krystian P. i Piotrek który był naszym transportowcem. Zakupiłem bagażnik dachowy, auta jeszcze nie. W piątek pod koniec października zapakowaliśmy cztery jedynki na dużego fiata i pojechaliśmy na Ślęzę do Mlecznej, zbierając po drodze uczestników. Wesoły nocleg pięciu chłopa w czteroosobowym namiocie i przed południem schodzimy na wodę. Woda bardzo niska, tak niska że na czterech startujących trzech poprzecierało dna kajaków. Nie byłem na to przygotowany. Na placu boju-rzeki pozostał tylko Olek i mimo chęci drapania dla nas asfaltu z jezdni w celu poklejenia kajaków, został przegłosowany i było po spływie, przepłynęliśmy ledwie 7 kilometrów i rozjechaliśmy się do domów. Tak widać musiało być, bo na drugi dzień podjechałem z Piotrkiem na Mysłowicką giełdę samochodową i kupiłem swojego Fiata 125p. Widziałem go już tydzień wcześniej , ale nim obszedłem giełdę w kółko zdążył odjechać z potencjalnym nabywcą. Od tej chwili miałem wreszcie komplet-kajak, bagażnik i autko. Domontowałem tylko hak, Piotrek dołożył trzecie pióro do resorów i można było rozpocząć wędrówkę kajakową już na większą skalę 😆  Za dwa tygodnie, byłem jednak umówiony na trzydniowy spływ tradycyjny – pociągiem na San. Jechałem z Katowic z Jadzią S. z Zabrza do Przemyśla. Mięliśmy kajak dwójkę , dmuchany materac dwuosobowy i trochę ciuchów , bo to w końcu połowa listopada, Rysiek miał wsiąść w Krakowie ze swoją jedynką i namiotem dla nas wszystkich. Były to czasy w których pociągi na tej trasie były przepełnione rosyjsko języcznymi handlarzami, i ciężko było nam się wcisnąć w ten pociąg. Jakoś się udało, ale wyjście w Krakowie było nie możliwe. Staliśmy w przedsionku a jak był zapełniony ten pociąg niech świadczy fakt że w kibelku stało pięć osób ! Rano dojechaliśmy do Przemyśla i co? … i nie ma Ryśka. No tak, pewnie się nie zmieścił, za godzinę będzie drugi pociąg, pewnie dojedzie. Idziemy spokojnie nad rzekę, zostawiając mu pisane ślady na ścieżce, powoli rozkładamy kajak i płyniemy, licząc że Rysiek w końcu nas dogoni. Listopad, krótki dzień już trochę po zmroku kończymy etap decydując się na nocleg w jakiejś starej budzie promowej. Jakoś się udaje, dobrze że był materac. Następny dzień płyniemy już bez ociągania dopływając znowu sporo po zmroku, zahaczając o liczne mielizny do ujścia Tanwi w Ulanowie. W powietrzu czuć wzmagający się mrozik postanawiamy więc pochodzić po domach, prosząc o udostępnienie kawałka podłogi, choćby w garażu. Niestety efekty próśb są kiepskie, ludzie mówią że to nie przystoi żeby spać w garażu, no ale w domu miejsca nie ma… Docieramy do księdza, ten z wielką nieufnością pozwala nam jednak przespać w jednej z salek, biorąc od nas w zamian dowody osobiste. Jak tłumaczył, gdy poprzednio ugościł kogoś z ufnością, stracił muszlę klozetową… Nazajutrz widząc , że nic nie utracił obdarował nas jeszcze broszurkami o miasteczku Ulanów. Popłynęliśmy dalej i chwile przed zmrokiem dotarliśmy do Wisły, a na jej lewym brzegu do miejscowości Dwikozy. Dotarcie do dworca zajęło nam trochę , bo to dobre pięć kilometrów. Udało się jednak i nocnym pociągiem rano docieramy do Katowic. Miesiąc później ostatnie w tym roku pływanie- po raz czwarty na jubileuszowym V OBWK po jeziorze Rybnickim. Niestety warunki , zmusiły organizatora do innej formuły zawodów. Pływaliśmy na bardzo krótkim dystansie pojedynczymi osadami na czas do najbliższej bojki i z powrotem. Dzięki temu można było wystartować w kilku kategoriach i tak w R1 i F2 zająłem drugie miejsce, a w R2 pierwsze 😀 . Ten rok zamknął się rekordowym wynikiem 2155 km. co ogólnie dało mi 8746 km. Na wodzie 72 dni.IMGP9160

mapka po 1991 r.

ROK 1992

Zacząłem w lutym na „Korkowej” Brdzie……

img164

kiedyś na  zimowe jeździli tylko twardziele 😉

…i było tradycyjnie choć nie do końca bo miałem odwiedziny mojej dziewczyny, która przyjechała do mnie z koleżanką. Wtedy z Elbląga. Nawet się przepłynęliśmy na ostatnim etapie :)

img161

tak sobie dopływamy z Gosią do Bydgoszczy.

Po dwóch miesiącach zmontowałem ekipę młodzieży głównie z mojej pracy na OSK Powitanie Wiosny na Nidzie, pożyczyłem przyczepkę od młodszego kolegi który na tej przyczepce został powieziony, pozostałych czterech kajakowych żółtodziobów powiozłem w środku auta. Wyjechaliśmy zaraz po pracy w piątek, bym ja mógł jeszcze tego dnia spłynąć niepłynięty odcinek Nidy- z Brzegów do Motkowic. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było to, ze moja ekipa była połową wszystkich uczestników… Pamiętałem jak we wcześniejszych latach było koło setki startujących, cóż czasy zaczęły się zmieniać i ten XVIII spływ po Nidzie odbył się po raz ostatni  😥 . Nam się udał, mieliśmy super imprezę z dyskoteką przy błyskających kogutach na lawecie pomocy drogowej jednego z uczestników spływu w Pińczowie. Po niedzielnym etapie ja spłynąłem jeszcze kolejny nie płynięty odcinek- od Chroberza do Nowego Korczyna. Udało się. Po dwóch tygodniach udało mi się skrzyknąć większą grupkę bardziej doświadczonych kajakarzy i najpierw tylko z Bogdanem G. z Jastrzębia i Markiem Krzywonosem (†) z Sanoka spłynęliśmy w ciągu trzech dni Wisłok z Beska do ujścia do Sanu-do Dębna…

img159

trudniejsze miejsce Wisłoka

….następnie już tylko z Bogdanem jeden dzień Tanew z Książpola do ujścia do Sanu-do Ulanowa, i w drugi dzień San od zapory w Solinie do Sanoka. jakież było nasze zdziwienie, gdy za zaporą w Myczkowcach okazało się ,że nie ma wody, a kajak trzeba przenieść przez niezłą górkę by dotrzeć do miejsca powrotu wody do koryta.  We wszystkie te dni , zabezpieczał nas logistycznie Piotrek a teraz czekał na nas w Sanoku. Dopłynęliśmy tam by następnego dnia wziąć udział w XXII MSK na Sanie. Rano dojechali do nas Krystian z Arkiem z Jastrzębia, a przed południem z Elbląga- Gosia, tak jak obiecała pół roku temu w Wałczu, tak dotrzymała obietnicy. Gdy wychodziła z pociągu dojrzałem na lokomotywie spalinowej jakieś cztery kajaki jedynki. Chyba musiałem coś pomóc ich właścicielom, bo dopisali się do naszego klubu „Polska Południowa”. Okazali się być podchorążymi z Dęblińskiej Szkoły Orląt. Przed startem zapoznałem się jeszcze z Mariankiem R. z Gliwic i jego bratem, którzy też się do nas przyłączyli. Ekipa liczna :)

img152

nasza ekipa  po zakończeniu spływu

…Niestety niedługo po starcie, zaczęło mocno padać i zrobiło się mało przyjemnie. Po dopłynięciu na metę, pożałowałem trochę tworzenia ekipy z nieznajomych, bo okazało się że jeden z wojaków zrezygnował w połowie etapu z dalszego płynięcia i trzeba go zwieźć na biwak 👿 . Jakoś to przegryzłem, bojąc się tylko o to, czy nie naliczą nam za to regulaminowych punktów karnych. Nie naliczyli, okazało się że koleś złapał dziurę na jakimś kamyku i nie mógł dalej płynąć. Zaczęło się mocno wypogadzać więc humory pomału wracały. Drugi dzień zaczął się od kajakowego wyścigu dwójek. Na starcie odpadło mi pióro z mojego nowoczesnego, leciutkiego, kupionego na poprzednich Złotych Liściach-wiosła. Wiosła kupionego od kolesia, który twierdził że wcześniejszą jego posiadaczką była znana mistrzyni Izabela Dylewska. Nie wiem na ile wiadomość ta była prawdziwa, ja w każdym razie już tym wiosłem nie powiosłuję :(. Szczęśliwie start jedynek był chwilę po nas, więc Bogdan zdążył mi podać zapasówkę i wraz z moją kajakową partnerką udało nam się wyprzedzić współuczestników  naszej kategorii dopływając na pierwszym miejscu w F2 (kategorii mikstów nie było).

img157

Zadowoleni po wyścigu

Humory w związku z pogodą i wynikami były coraz lepsze, a poprawiły się jeszcze bardziej po konkurencjach sprawnościowych w których większość należała do naszej drużyny (głównie dzięki wojakom-odrobili pierwszo-etapową wpadkę :) )  Jeden dość niepozorny gość, bezwzględnie pobił konkurentów dźwigając jedną ręką kilkadziesiąt razy w ciągu minuty ciężarek o wadze-17,5 kg. ! Drugi z wojaków dostał od nas ksywkę kangur po tym jak w pięcioskoku z miejsca, przeskoczył o parę metrów następnego zawodnika :) Konkurencje te, wraz z wyścigiem- sztafetą która miała się odbyć następnego dnia klasyfikowane były do punktacji generalnej spływu.

img158

mnie przypadła lżejsza konkurencja :)

Sztafetę o sekundy wygraliśmy z takimi ówczesnymi gwiazdami jak Wodnik z Modlina, Skierka ze Skierniewic, czy KKW z Krakowa. Nie wszyscy umieli się pogodzić z tą sytuacją, Skierka przestała się do nas odzywać, a Wodnik zgotował nam niby zabawową wojnę wiosłowo – prysznicową na kolejnym etapie :)

img154

moja zmiana na wygranej sztafecie

W ostatni dzień nie dopilnowałem punktualnego zejścia na wodę jednej osady (Krystian z Arkiem) , spóźnili się o godzinę, co dostarczyło nam tyle punktów karnych, że z pewnego już pierwszego miejsca końcowej klasyfikacji spadliśmy na miejsce piąte 😥  Trochę żal. Wygraliśmy jednak klubowo w konkurencjach dodatkowych otrzymując za to prawdziwą góralską ciupagę, no i z Gosią w swojej kategorii też zwycięstwo :).  Za ten wynik musiałem się Gosi zrewanżować spotkaniem za tydzień na XXVII MSK na Wdzie, płynąc w barwach klubu, która ona tu reprezentowała i który zabezpieczył dla mnie dobry kajaczek czyli „Wir” Elbląg.  Powrót z Sanu miał jeszcze jedną przygodę, urwała się dwururka z kolektora wydechowego i było nas słychać z naprawdę daleka :)

img151

niestety w tych warunkach nie naprawimy…

Po czterech dniach spotykamy się nad Wdą w Czarnej Wodzie, startujemy na takich samych kajakach – dość szybkich jedyneczkach. Pogoda nie rozpieszczająca, codziennie trochę słońca i codziennie deszcz .Etap wyścigowy startuję razem z Gosią widząc przez dłuższą część dystansu (długiego) tylko jej plecy, ale tylko do czasu- do czasu kiedy znika mi całkiem 😛  Po wyścigu Gosia jest pierwsza wśród kobiet, ja drugi wśród mężczyzn. Następną konkurencją jest slalom. Tu udaje mi się wyprzedzić konkurenta i do końca spływu nie oddać już zdobytej pozycji. Zajmujemy najwyższy stopień pudełka w swoich kategoriach i otrzymujemy po śpiworku.

img150

takie śpiworki :)

Śpiwory te daje się połączyć w jeden duży i takie połączenie służy nam przez kilkanaście lat :) .Oprócz tego ja za punkty zrobione dla elbląskiego „Wira” dostaję jako prezent od prezeski klubu-Marii K. wiosło od Ciesielki-poezja :)  Wracam do domu busem ,którym na spływie byli znajomi z Jastrzębia. Fajnie. Pięć dni później byłem już u nich na XXII OSK Skawą ,

img146

Przepnąłem przed spływem brakujący mi kawałeczek Skawy- z Bierunia Nowego do ujścia Skawy i po spływie z Zatora do Czernichowa. Płynął z nami Marian Skołyszewski(†) którego imię nosi obecnie OSK Skawą.

img145

Tak wtedy wyglądało biuro spływu, a w tle leży sobie na murawie patron obecnych OSK Skawą- Marian S.

Dwa tygodnie później z kolegą z pracy, pojechałem ze składakiem na „mix-rzeczny” Jeszcze w piątek odpłynęliśmy spod Wawelu w okolice ujścia Dłubni. W sobotę dopłynęliśmy do ujścia Raby łapiąc się wieczorem na miejscową dyskotekę, po czym z samego rana jedziemy do Proszówek i spływamy Rabą do Wisły, a Wisłą do Opatowca. Wyjazd z tej mieściny w stronę domu to porażka. Od szesnastej przez Kielce do Katowic dojechaliśmy rano :( Męcząca wycieczka. Musiałem odpocząć cały tydzień a po odpoczynku OSK Rudą, na stałym dystansie- z Żor-do Kuźni Raciborskiej.

img144

tak się gimnastykowałem by mieć suche  buty – nad Rudą

img143

Zakończenie OSK Rudą

Po tygodniu malutką grupką wybraliśmy się na tydzień górskich wód. W zamiarze była Biała, na której wody trzeba by było szukać lornetką, tak więc przerzut do Jasła na Wisłokę…

img140

Na Wisłoce

…Tu wody wystarczyło a nawet zaczęło być jej za dużo, bo każdej nocy zdrowo lało. Biwaki organizowaliśmy pod mostami. Najpierw w Pilźnie, gdzie zintegrowaliśmy się z całym autokarem ruskojęzycznych, którzy nie wytrzymali integracji z nami i odjechali.  Jak się rano okazało ledwo na druga stronę mostu,a nas było tylko czterech :)

img139

biwak pod  mostem w Pilźnie

Ranki wyglądały tak: auto gdzieś w bezpieczne miejsce, później spływ do miejsca z którego można było dostać się czymś po auto. Gdy już byłem w aucie  w miejscu zakończenia etapu, pozostało obskoczyć okoliczne bary gdzie grzała się wewnętrznie i zewnętrznie reszta grupy. Na Wisłoce spędziliśmy trzy dni…

img141

i takie szczelinki się znajdowało :)

…a przed ostatnim etapem, który przedłużyliśmy Wisłą do Tarnobrzega przybyło nam ponad metr wody. W Wisłę wpływaliśmy praktycznie wysokim warkoczem. Gdy już znaleźliśmy się wszyscy w Tarnobrzegu, to decyzja co do rzeki mogła być tylko jedna: wracamy na Białą, do Grybowa.

img138

Nasza ekipka nad Wisłą w Tarnobrzegu

Było jeszcze dosyć wcześnie a po drodze dopływ Wisłoki-Wielopolka, trzeba by ją zaliczyć :). Niestety zmiana dotychczasowych praktyk przerzutu auta nie wyszła nam na dobre. Postanowiłem najpierw zawieźć auto na metę i wrócić do chłopaków. Nie było zbyt daleko, ale nie było czym wrócić. Transportem kombinowanym dojechałem do nich przed dziewiętnastą i dopiero o tej godzinie schodzimy na wodę. Szybko robi się ciemno, rozciągamy stawkę. Płynę pierwszy i najszybciej, choć szybkość w tym przypadku to pojęcie względne. Rzeka coraz bardziej zasypana drzewami, a widoczność coraz słabsza. Jest już ciemno. O 23 na kolejnej zwałce wysokiej na dwa metry z drzew i desek pozostawiam mój seledynowy w miarę widoczny kajak i nie czekając na nikogo ruszam w stronę auta. Okazuje się że do auta jeszcze spory kawałek, pukam więc w drzwi jednego domostwa w którym jeszcze się świeci prosząc o pożyczenie roweru. Pani ze strasznymi oporami i strachem o męża wysyła go jednak ze mną autem do miejsca naszego postoju. Gdy wracam nad wodę chłopaki powoli się wygramolają na brzeg, więc decyzja była dobra. Teraz nad Białą. Jest noc ale słychać , że woda jest na pewno. Nocujemy w okolicy a rano, jakże inna była to rzeka niż ta sprzed trzech dni, nic tylko schodzić na wodę i płynąć. Pogoda wreszcie świetna, a woda w oczach opada więc szybko schodzimy i niestety… O trzy progi za wysoko. Mnie się udaje skoczyć, mam fartuch, Bogdan też spływa, choć bez fartucha i musi wylać wodę  której ma pełny kajak. Teraz Krystian z Markiem w optimie. Pierwszy ok, drugi też, a na trzecim wbijają się dziobem w jakiś beton i nie mają już dziobu. Masakra- kajak pożyczona od Janusza J. z Rudy Sląskiej.  Co robić. jedyna słuszna decyzja. Oni zostają przy aucie i kajaku, my z Bogdanem spływamy obowiązkowy do Górskiej Odznaki Kajakowej odcinek. Dopływamy do Tuchowa a jak widać płyniemy prawie cały czas wzdłuż linii kolejowej. Postanawiamy wepchnąć się z naszymi jedynkami w przedział bagażowy i z wielkimi problemami z konduktorami docieramy w końcu do Tuchowa. Udało się.

img142

jedyna fotka znad Białej to ta gdy się już pakujemy i…

…Teraz nie pozostało nam nic innego jak jechać do producenta kajaka, Krzysztofa Polaczyka, by pomógł nam naprawić Optimę. Trochę czasu i butelek nam tam schodzi, nocujemy nawet w jego ogródku, ale było warto , przed południem znajduje dla nas te dwadzieścia minut i kajak naprawiony. Jedziemy więc do Nowego Targu z którego jutro ruszy LI MSKnD. Mnie z Krystianem wywozi jeszcze Bogdan do Białego Dunajca na rzekę o tej samej nazwie. Ciężko się płynie, szczególnie Krystianowi bez fartucha, po kilku kilometrach rezygnuje. Musi niestety czekać, aż ja dopłynę do auta i po niego wrócę. Te piętnaście kilometrów Białego Dunajca zajmuje mi dość dużo czasu ponieważ ostatnie może pięć km. to próg za progiem w większości za wysokie by skakać. Pod koniec były tak częste, że już nawet nie schodziłem na wodę tylko szedłem z kajakiem na ramieniu wzdłuż rzeki. Udało mi się dotrzeć do połączenia z Czarnym. Później tylko po Krycha no i biwaczek.

img137

już nad Dunajcem

Zgodnie z wcześniejszą umową do Polski Południowej dopisuje kilku swoich uczestników Janusz J.z Rudy Śl.- zły na mnie jak szlag za naprawiany kajak. Formuję grupkę która zajmuje pierwsze miejsce wśród klubów ze Śląska, i piąte wśród wszystkich klubów, a nadmienić trzeba że w tamtych latach liczba uczestników oscylowała około tysiąca a nawet więcej…

img135

Taki pucharek dla grupy ze Śląska.

Tydzień później były „Trzy Zapory” a w drodze na nie przepłynąłem sobie Przemszę z Mysłowic do ujścia do Wisły. OSK typowo – z Żywca do Oświęcimia. Dwa tygodnie później postanawiam poznać Czarną Przemszę i robię to na odcinku od Boguchwałowic do Mysłowic. Za tydzień jadę na tygodniowy urlop podczas którego mam zamiar przepłynąć Pętlę Toruńską i pochylnie o których wiele słyszałem, a których nie umiałem sobie wyobrazić. Zacznę w  Elblągu, bo właśnie z elbląskiego Wir-a będę miał pożyczony dwuosobowy masywny kajak dwuosobowy.  Gdy dopłynąłem do pochylni, pomyślałem że może wyniosę kajak na górkę, niestety był zbyt ciężki i trzeba było poczekać na wagonik. pamiętam, że byłem w małym szoku, gdy wjechawszy wagonikiem na górkę od razu znalazłem się w wodzie i mogłem popłynąć dalej. Moje wyobrażenia pochylni były nieco inne. Skoro wjechałem na górkę, to teraz zjadę z górki, a tu nie :) i dobrze. Dalsza droga przebiegła już, bez większych niespodzianek aż do ostatniego dnia, w którym wiedząc że mam jeszcze dzień zapasu, postanowiłem nie skręcać w Kanał Jagielloński a dopłynąć do Elbląga przez Zalew Wiślany. Jest to dość spory kawałek wody, a ja nie trzymałem się blisko brzegu i nagle gdy moje radyjko zaczęło „gadać” pa ruski, postanowiłem dopłynąć do brzegu widząc jakąś miejscowość. Okazało się że to Tolkmicko. Ładnie przegapiłem rzeczkę Elbląg :-)   Tym razem blisko brzegu dotarłem do rzeki, a nią do miasta Elbląg. To kółeczko zajęło mi 8 dni, a na jednym z etapów-tym Wiślano-Nogatowym ustanowiłem swój dzienny rekord  trasy, który od teraz wynosi 93 km. :). W niedzielę zrobiłem jeszcze krótki spacerek z moją Gosią z Elbląga poprzez Kanał Jagielloński do Nogatu i z powrotem. Chcąc móc zamalować na mojej mapce nie spłynięty jeszcze kawałek Wisły dwa tygodnie po kółeczku, pojechałem z Gosią do Tarnobrzega by w czasie weekendu dopłynąć do Dęblina. Tam w miejskim domu kultury, a raczej pod nim – zostawiliśmy tajmiena, by w kolejny weekend po niego wrócić i dopłynąć do śluzy Żerań w Warszawie. Kolejny tydzień, i jedziemy razem do Łomży (miasta rodzinnego Gosi), bym poznał się z przyszłą teściową, i byśmy spłynęli Narwią…

narew 92

…przez jezioro Zegrzyńskie i kanał Żerański do śluzy- tej sprzed tygodnia  a dalej Wisłą do Nowego Dworu Mazowieckiego:).

img133

na szlaku

img131

img130

a tacy byliśmy ładni na Zegrzyńskim

Prosto z tamtąd jedziemy na OSK Rawką, gdzie moim transportowcem dojechali już Piotrek z Krystianem.

rawka92

Krystian nie umiał się nacieszyć moją Gosią :)

img140

oczywiście wziąłem też udział w wyścigu :)

img121

…i Gosia też wzięła  😛

Nastąpiła miesięczna przerwa w pływaniu, i wyjechaliśmy razem (z Gosią) na maraton do Rożnowa. Wystartowaliśmy w F2 zajmując drugą lokatę :)

Rożnów 92

przed wyścigiem

img144

…i po wyścigu…

img146

po drodze do domu, krótka wycieczka po Krakowie, tu zakole Wisły przy Wawelu

Pomieszkaliśmy w domku trzy dni i pojechaliśmy na Złote Liście z zamiarem reprezentowania elbląskiego „Wira” w mikstach na crossie kajakowym.

img152                                                                     Takie malutkie rozpływanie po jeziorku…

img151                                                                                             …i na rzeczce

Tu daliśmy radę pokonać wszystkich konkurentów, zajmując najwyższe miejsce na pudle. Dla mnie jeden z najbardziej cennych medali.

img153…i opowiadam ciekawym dziewczynom jak się trzyma wiosło by wygrać :)

Radunia koniec                                                                                  zasłużyliśmy na łyczka

Niestety na ceremonię wręczania nie zdążyliśmy, bo ja popłynąłem sobie Radunią z Żukowa do (?). Zgubiłem się z transportowcem, zostawiając kajak już po zmroku pod jednym z mostów, i łapiąc płatną okazję, która dowiozła mnie do ośrodka noclegowego. Po dość długim czasie dojechali Piotrek z Gosią. Nawzajem się o siebie mocno martwiliśmy. Teraz są komórki- wielkie udogodnienie…  Następnego dnia, przed odjazdem do domu pojechaliśmy pod „mój” most po kajak, udało mi się uprosić współtowarzyszy podróży by zgodzili się na moje dokończenie Raduni. Tym razem udało się bezproblemowo dopłynąć do Motławy.

img155                                                                                                na Raduni

Sezon kończę uczestnicząc po raz piąty na VI wyścigu Barbórkowym po jeziorze Rybnickim. Wygrywamy z Gosią w swojej kategorii, a „Polska Południowa” zajmuje 2 miejsce 😀

Rybnik 92                                                           tak jednej nocy napadało nad  jeziorem Rybnickim                       (fot E.Kiełbasiewicz)

IMGP9161            mapka po 1992 licznik tego roku to 2482 km. znowu rekord :)  licznik ogólny po 10 latach pływania: 11228 km. Na wodzie spędziłem 70 dni.

ROK 1993

Ten rok był najsłabszym do tej pory, pod względem pływania, ale czuje się usprawiedliwiony. Pobraliśmy się z Gosią, urodziła się nam córka- Magda, ale coś tam przepłynąłem :) Zaczęliśmy u wrocławskiego Wiadrusa 1 maja na „Powitaniu Wiosny” na Widawie z Bierutowa przez zarośnięty  kanał z Wilczyc do Odry i tą do przystani na Rzeźbiarskiej.

img156                                                                          w oczekiwaniu na rozpoczęcie…

img158                                                              …tylko potem pragnienie męczy…

img157                                                                                    …było prosto…

img159                                                                                   …było też leśnie…

img160                                                                            …i było wyścigowo na Odrze…

img161                                                               …a tutaj okazało się , że wygraliśmy :)

Już niecały tydzień później byliśmy na XXVIII MSK na Wdzie i płynąc w mikście, przez moje nie dokładne odczytanie regulaminu, zajęliśmy trzecie , zamiast pierwszego miejsce, ale i tak było fajnie. Podczas slalomu Olek Doba stwierdził, że żadna dwójka nie jest w stanie przepłynąć ostatniej bramki. Faktycznie była trudno ustawiona, ale argument , że Olek stawia beczkę piwa tym co ją przepłyną zadecydował o tym, że my to zrobiliśmy :) . Oczywiście Olek nie był na tym spływie przygotowany na taki wydatek, tak więc rozliczenie zakładu miało nastąpić na MSK Dunajcem. Na Wdzie jednak była beczka piwa , którą wygrał elbląski Wir przeciągając ją na linie na swoją część boiska. Wszyscy się częstowali :)

na wdzie 1993                                                                           każdy smakował w czym się dało…

W następnym tygodniu byliśmy na neptunowej Skawie, która była wyjątkowo płytka zmuszając nas do częstych spacerków po jej dnie :)

img162takie spacerowanie :)

img165                                                      dało się też (choć rzadko) popłynąć

img166                                                                            w niedzielę popłynąłem już sam…

W następnym tygodniu wybraliśmy się z Piotrkiem na I Ogólnopolski Cross Kajakowy po Rawce, startowała dość mocna ekipa, a nam udało się stanąć na podium za drugie miejsce :)

img168                                                                               Tak wyglądał start do crossu

img169                                                                  …a tak my po ceremonii zakończenia 😆

Po dwóch tygodniach pojechałem poznać górną Czarną Przemszę. Zacząłem w Porębie i miałem ochotę się wycofać, bo skończyła się woda. Nie było jednak komórek i musiałem deptać z kajakiem na plecach między rzecznymi wałami ponad kilometr, aż znowu udało się popłynąć. Meta nad jeziorem Przeczyckim – w Boguchwałowicach. Cztery dni później wystartowałem z Piotrkiem na ostatnim (jak do tej pory) dla mnie MSKnDunajcu. Po raz pierwszy  etap kończył się w Hubie, ponieważ dalej nie można było już płynąć, w związku z budową jeziora Czorsztyńskiego. Na dziko popłynął tylko Olek :). Na tym Dunajcu zdobyłem swój drugi najbardziej cenny medal, za drugie miejsce w R2 z Piotrkiem. Co ciekawe, na wyścigu testowaliśmy prototyp szybkiego kajaka, sklejonego z dwóch jedynek przez Krzyśka Polaczyka. Nie pamiętam nazwy, ale był to dość popularny model- głównie w wersji jedynka. Tutaj też nastąpiło rozliczenie Olka z zakładu o beczkę piwa z Wdy. Doszliśmy do porozumienia i Olek postawił skrzynkę piwa 😎

img181                                                                 tak sobie płyniemy po Dunajcu

img171                    …i omawiamy z Olkiem jego strategię przepłynięcia po placu budowy jeziora Czorsztyńskiego 😉

img173                                                                Gosia nam kucharzuje :)

img177                 na następnym etapie fotka w miejscu którego już nie ma (przez Układ z Schengen)

img172                                                       troszkę nam kajak zbielał na Dunajcu :)

img175                                                         a to nasz wyścigowy prototyp :)

img185                                                   w czasie deszczu ubraliśmy Gosię w górniczy strój :)

img179                                                                                   spływamy z Piotrkiem

img178                                                                                        …i wróciliśmy bym…

img183                                                                               …przepłynął to samo z żoną

img187                                                                              dumni na zakończeniu…

img186                                                                         …i rozliczeni z Olkiem :)

img188                                                                        …i po spływie-w Nowym Sączu

Miesiąc później pojechałem na V Spotkania Kajakowe Kolbudy 1993, tam płynęliśmy starorzeczem Raduni, ledwo 10 km. ale było ostro 😉 . Dałem radę, a na końcu dostałem karimatkę za uczestnika z najdalszej odległości i dyplom :

RIMG6116                                                                                                        😎

…z tamtąd jechałem do Łomży, żona była u teściowej i… pierwszy raz utknąłem w nocy na przystanku jakieś 40 km. przed celem podróży. Nie było już czym jechać. Wypróbowałem karimatę 😉  Prawie dwa miesiące przerwy- przerwy w czasie której powiększa nam się rodzina 😆  i jedziemy z Gosią na Złote Liście. Startujemy w crossie, tym razem bez żadnych osiągnięć. Było fajnie mimo to. A sezon kończę na VII wyścigu Barbórkowym zajmując drugie miejsce w R1.

IMGP9162Bilans tego roku to 415 km. a od początku pływania 11643 km. Na wodzie 21 dni

ROK 1994

No, 1994 był rokiem nadrabiania strat za rok poprzedni ;). Zaczęliśmy spontanicznym , poobiednim wyjazdem w niedzielę 10 kwietnia do Szczyrku z zamiarem przepłynięcia się po rzece Żylicy. Na okolicznych górkach zalegał jeszcze śnieg, a wąska Żylica  sunąca bystro między betonowymi brzegami robiła na nas wrażenie. Pogoda nie specjalnie zachęcająca i próg za progiem nie zachęcały do zejścia. Z dwóch kajaków które przywieźliśmy do Szczyrku, na wodę zrzuciliśmy tylko mój. Spłynąłem ledwo z pół kilometra i uznałem, że tym kajakiem po takiej wodzie to nie to. Zaliczyliśmy tylko po browarku i do domu. To był najkrótszy spływ w mojej „karierze” :)

Robocze kolejne dni były dość „mokre” więc w następną sobotę z Piotrkiem i chłopakami z Jastrzębia pojechaliśmy do Wisły z zamiarem spłynięcia nią od najwyżej dostępnego miejsca. Za takie miejsce uznaliśmy Wisłę Czarne.

img075                                                                                          i szykujemy się do startu

…by za chwilę zaliczyć pierwszą przenoskę

img074                                                                                       za przenoską na górnej Wiśle

Po krótkim spokojnym odcinku zrobiło się mniej spokojnie, była jedna „kabina” i już tylko trzech płynących śmiałków :)

img076                                                                                                  górna Wisła

Musieliśmy zaliczyć jeszcze jedną przenoskę i wystartować w jednym z ładniejszych na Wiśle miejsc

img077                                                             to właśnie to ładne miejsce :)

img078                                                                     a kawałeczek dalej też niczego sobie

Tutaj zdarzyła się kolejna kabina, ale dzielny „kabiniarz” popłynął z nami dalej. Przez coraz więcej progów skacząc lub obnosząc najwytrwalsi dopłynęli do Ustronia Polany pokonując w sumie około 13 kilometrów

img079                                                                           na jednym z prożków

Po wieczorno-nocnej regeneracji zrobiliśmy restart w Goczałkowicach, bym ja mógł zakończyć płynięcie w Bieruniu a reszta ferajny popłynęła sobie dalej, aż do Tarnobrzega.

img082                                                                                            gdzieś na Wiśle

img083                                                             ale nie samym pływaniem człek żyje 😉

img084                                                                                                  na Wiśle

Tydzień później, gdy chłopaki kończyli swoje pływanie po „Królowej” ja wybrałem się na Białą Przemszę. Logistyka i uciążliwość rzeki której spływanie zacząłem w Kluczach Osadzie, a która po kilku kilometrach nagle mi wyschła i pojawiła się parę kilometrów dalej dzięki zasileniu wodami Centurii, sprawiło że do zmroku udało mi się dopłynąć jedynie do młyna w Okradzionowie, zamiast do planowanego wcześniej Sławkowa :(

Na majówkę namówiłem żonę na spłynięcie Bugu, od mostu kolejowego najbliższego wschodniej granicy państwa, we Fronołowie, na który dotarliśmy nocą z 29 na 30 kwietnia. Krótka nocka obok linii kolejowej i poranny start na nie znanych nam wodach słynnego Bugu. Pogoda nam sprzyjała a kilometry rzeki mijały

img086                                                                               moja żonka na tle Drohiczyna

Bug to spokojna bez problemowa rzeczka wijąca się po nizinach Podlasia i Mazowsza

img087                                                                             nad szerokim Bugiem

Płynięcie tą długą rzeką kończymy 3 maja w Serocku tuż za połączeniem Bugu z Narwią

img088                                                                          ostatni biwaczek nad Bugiem

Po powrocie pobyliśmy w domu tylko trzy dni i ruszyliśmy znowu na północ, tym razem na Międzynarodową Wdę. Nie wiem jednak jak to się stało, czy ja coś pomyliłem, czy termin spływu się zmienił, tak czy siak na miejscu startu w Lipuszu nie było nikogo :( . Były to czasy jeszcze bez komórkowe i bez internetowe, bynajmniej w Polsce, nie było się jak i gdzie dowiedzieć co jest grane, szybko wymyśliłem plan awaryjny. Nie pływaną jeszcze przeze mnie rzeczkę Wieżyca. Szybko przejechaliśmy niecałe 20 km. nad jezioro Wierzysko i nie tracąc poranka wypłynęliśmy. Było nas trzech, w każdym z nas inna krew… 😉 , ja Piotrek S. i Krystian P. z Jastrzębia. Moim dużym fiatem powoziła wzdłuż rzeki Gosia a do towarzystwa miała moją mamę i dziewięciomiesięczną córeczkę Magdę. Rzeczka okazała się fajną, aczkolwiek dosyć uciążliwą i krętą. Przez cztery dni pływania pokonaliśmy 110 km. kończąc spływ w Pelplinie.

Kolejny weekend to kolejny już OSK Skawą z premierą najmłodszej uczestniczki płynącej w kajaku, dziewięciomiesięcznej naszej Magdy :)

img090                                                  Chyba głodna Magda na kajaku :)

img089                                                                                      tak nas widzieli na wodzie

Spływ organizowany więc przeleciał w szalonym tempie, pogoda piękna trasa tradycyjna od mostu w Zembrzycach, do Czartaka i drugiego dnia do Zatora. Meta usytuowana była wówczas w miejscu obecnego Zatorlandu.  Jeszcze tylko zakończenie na którym nasz klub wspomagany przez Marka Krzywonosa (†)  i Ryśka K. został wyróżniony, a i Magda skasowała nagrodę za najmłodszą uczestniczkę która pobiła rekord 11 miesięcznego chłopca, no i można już było wracać do domu.

img091                                                              Nasza „Polska Południowa” zdobyła jakiś pucharek :)

Kolejną rzeką nad którą się wybraliśmy, była Nysa Kłodzka na której było w tamtym czasie kilka ciekawych miejsc stworzonych biegiem górskiej wody. Były na niej również jeziora, ale tylko dwa: Otmuchowskie i Nyskie. Płynięcie (z Piotrkiem S.) rozpoczęliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej a zakończyliśmy po czterech dniach już na Odrze, w Kopaniu.

img094                                                       po przepłynięciu jeziora Otmuchowskiego (a może Nyskiego?)

img097                                                                                                 i na Odrze

Minęły dwa tygodnie i kolejny- „Neptunowy” OSK, tym razem po Rudzie z Żor do Kuźni Raciborskiej. W tamtych latach Ruda była mocno zwałkową rzeką, i zdarzało się , że uczestnicy spływu wychodzili z lasu na główną drogę z potrzaskanymi kajakami na plecach :)

:)

Nadeszły wakacje, na które wyjechałem z Piotrkiem S. na super eskapadę (taka miała być). W planie najpierw Morski Maraton Kajakowy Karsibór, a później wybrzeże Bałtyku -super plan…   W Karsiborze okazało się że maratonu już chyba od dwóch lat nikt nie organizuje, szkoda tylko , że w kalendarzu imprez figurował nadal :(. Cóż , rozłożyliśmy Tajmiena i popłynęliśmy w stronę morza. Było już późne popołudnie postanowiliśmy przenocować w pobliżu strażniczej wieży i następnego dnia wystartować. Wieczór umilaliśmy sobie rozweselającymi trunkami, zapoznawaliśmy się z przechodzącymi obok wędkarzami, którzy obdarzali nas świeżą rybką, a której i tak nie mięliśmy jak i na czym oporządzić. W końcu zanocowaliśmy.

img100                                                               jeszcze długo przed snem :)

img101                                                  groźna mina z powodu zmiany planów ? :)

Po krótkiej nocy przerwanej przez nową ekipę pograniczników, chcących wiedzieć co my robimy w tym miejscu, postanowiliśmy spróbować kajakowego wyjścia w morze.

img102                                                                                        próbuję :)

Do dzisiaj nie wiem, czy to syndrom dnia wczorajszego, czy może misternie wymyślony plan awaryjny na okoliczność zbyt wielkiej bałtyckiej fali, czy może brak jakiegokolwiek doświadczenia w pływaniu po morzu, sprawiły że uznałem widoczną na fotce falkę, za zbyt dużą i niebezpieczną dla nas i naszego odkrytego kajaczka… Trzeba było wcielić w życie mój plan awaryjny. Jakoś nie przyszło nam do głowy , by podpłynąć sobie Świną w pobliże dworca kolejowego w Świnoujściu, postanowiliśmy zrobić sobie zdrowy spacerek na ów dworzec. Droga nie była ani krótka, ani łatwa, bo prowadziła przez jakieś ogrodzone tereny, płoty itp. które w większości poznaliśmy  już w nocy odprowadzając nowego kolegę-wędkarza a jej długość to chyba nawet z pięć km. Troszkę osłabieni ruszyliśmy z nie poskładanym kajakiem , który wsparty na lichawym wózeczku , był jednocześnie kajakiem bagażowym. Dłużyła się ta droga, ale udało się. Przed dworcem poskładaliśmy kajak, wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Choszczna. Było już sporo po południu, tak więc by nie nocować w mieście, rozłożyliśmy kajak i zwodowaliśmy się na jeziorze Klukom. Przepłynęliśmy nim do kolejnego jeziorka- Żeńsko i dalej do jeziora Raduń nad którym postanowiliśmy zanocować tej nocy.  Poranek obudził nas pięknym słońcem na bezchmurnym niebie, więc już w pełni sił fizycznych i umysłowych 😉 , ruszyliśmy poprzez poznane dzień wcześniej jeziorka z powrotem do Choszczna. Tam mieliśmy przejść krótki kawałek lądem na wybraną rzekę- Inę. Mapy którymi wówczas dysponowałem dawały wrażenie  graniczące z pewnością , że Iną możemy popłynąć właśnie z Choszczna. Gdy dotarliśmy nad ciek wodny którym mieliśmy popłynąć, miny lekko nam zrzedły. Wąski kanał niosący wstrętnie brunatną ciecz, nie podobną do żadnej dotąd poznanej rzeki, śmierdzący i ohydny :(

img105                                                                               po tej rurze nastąpiło wodowanie

Jako, że my nie poddawaliśmy się tak łatwo, postanowiliśmy: ja próbuję płynąć, Piotrek z plecakiem idzie brzegiem. W taki sposób udało nam się pokonać pierwsze kilka kilometrów, po których udało się już popłynąć razem. Poprawy stanu wody nie  odczuwało się , tak więc męczyliśmy się na tym ścieku prawie cały dzień. Pod jego koniec wpłynęliśmy w ciut szerszą od naszej rzeczkę, ale zdecydowanie dużo czyściejszą. Od razu w tej czystej zażyliśmy orzeźwiająco-oczyszczającej kąpieli. Ulżyło. Jeszcze kawalątek płynięcia i biwaczek gdzieś pośród lasu. Ogólnie rzeczka fajna, jednak trochę przeszkód w korycie spowodowało lekkie podniszczenie kajaka, które jednak nie przeszkodziło nam w dopłynięciu do Domiąży, przecięcie ją ze wschodu na zachód i dopłynięcie do Polic. Cała około 126 kilometrowa trasa zajęła nam cztery dni. Suszący się kajaczek zostawiliśmy u przyjaznego pana w porcie , czy przystani (nie bardzo już pamiętam), a sami postanowiliśmy odwiedzić znajomego Polickiego kajakarza – Aleksandra D :) . Niestety Olek był jeszcze w pracy, ale poczęstowani przez jego gościnną małżonkę pyszną zupką chłodnikiem, doczekaliśmy jego powrotu. Chwila rozmowy o naszych perypetiach i planach na kolejne dni i Olek bez wahania oferuje nam podwózkę na kolejną wymyśloną przeze mnie jako wariant B, dla morskiego wybrzeża rzeczkę- na Płonię do Barlinka. Najpierw jedziemy po kajak, szybkie składanie podczas którego okazuje się że ani w dziobie, ani w rufie nie ma worka na dłużycę kajaka 👿  Zaczynamy szukać w pamięci gdzie mógłbył ów worek pozostać na trasie naszej wycieczki.  Olek miał dużo dokładniejsze mapki od moich i dzięki nim dotarliśmy w miejsce w którym, jak sobie przypomniałem rozwiesiliśmy worek na mostku, by troszkę się przesuszył. Worka oczywiście w tym miejscu nie było, co więcej właśnie wtedy dzięki Olkowym mapą , okazało się że płynęliśmy nie tylko Iną, ale najpierw Stobnicą (syfem), którą po pewnym czasie zasiliła Wardynka- mogliśmy wtedy popłynąć już razem, i dopiero dopłynęliśmy do Iny- tej czyściejszej rzeczki. Fajnie. Czas uciekał, pogodzeni ze stratą worka wieziemy się  dalej dokręcając jeszcze coraz bardziej stukające nie dokręcone tylne koło Olkowego samochodziku :). O północy jesteśmy wreszcie nad jeziorem Barlineckim, i tylko Olka żal, bo do domu ma koło stu kilometrów a rano do pracy… Dzięki wielkie Olku.

Rozbici gdzieś w przyjeziorno-przymiejskich krzakach, nie mogliśmy zbyt długo pospać, zwinęliśmy więc namiot i zabraliśmy się za poskładanie kajaka. Okazało się , że po poprzedniej trasie, aluminiowe żebra są lekko zdeformowane od przemieszczania się po wręgach podczas pokonywania przeszkodowych drzew. Postanowiliśmy szarpiąc naprostować jedno z żeber i zostało nam w rękach pięć kawałków owego żeberka. To też nas nie zniechęciło, posztukowaliśmy kawałkami gałęzi żebro, udało się także poskładać cały kajak i ruszyć na nową rzeczkę. Krystalicznie czyste jezioro napawało nas optymizmem na resztę podróży. Niestety niedaleko za jeziorem rzeka nam dosłownie zniknęła. Wyglądało to tak, jakby wpłynęła do jakiejś piwnicy i ślad po niej zaginął…

img237                                                                tak właśnie ginie nam Płonia :)

Musieliśmy się wspiąć na nie wielką górkę i przejść kilkaset metrów kierując się instynktem który okazał się być dobrym, bo rzeka się znalazła, choć było jej zdecydowanie za mało by popłynąć w dwóch z całym dobytkiem.

img238                                                                           odnalazła się Płonia :)

Drugi dzień na Płoni upłynął nam już spokojniej, mimo typowych drzewnych przeszkód, lecz za to kolejny dzień , którym była sobota, był znowu przygodowy ;). Pokonując kolejne na trasie drzewo sposobem „ruchów frykcyjnych” krzyczałem do Piotrka: dawaj, dawaj przechodzimy, a Piotrek mi na to, że obok jego nogi wchodzi nam w kajak jakaś gałąź. W tym momencie zauważyłem że kajak nabiera szybko wody. Musieliśmy szybko z niego wyskoczyć, wyrzucając na brzeg dobytkowy plecak, by nie zmoczyć wszystkiego. Miejsce ewakuacji nie należało do najbardziej urokliwych, kupa pokrzyw i krzaków i tutaj przyszło nam pozostać do następnego dnia. Reperaturka, którą posiadaliśmy nie dawała szans naprawy powstałej w kajaku dziury, ruszyłem zatem w kierunku pobliskiego miasteczka po jakąś pomoc. Przeszedłem dobre 5 km. dotarłem na jakąś bazę PKS u , gdzie spotkałem pracujących jeszcze ostatnie dziesięć minut speców od wulkanizacji i kupiłem od nich łatki i klej, na które jednak nie dawali mi gwarancji, gdy powiedziałem że będę kleił kajak. Nie było wyboru, trzeba było zaryzykować. Misja zabrała mi sporo czasu, a Piotrek siedział tam sam w tym ciemnym lesie, postanowiłem zakupić nam po butelce browarka, na poprawę nastroju. Trafił się akurat sklep. Pozostało mi już „tylko” przedeptać powrotną „piątkę” w zwykłych klapkach, trzymając w dłoniach browce, a w kieszonce spodni łatki do klejenia. Coraz ciężej się deptało ale… udało mi się złapać stopa. Zatrzymał się gostek na motorowerku :) . Na początku, przez las fajną drogą było ok, ale gdy droga zmieniła się w zwykłą ścieżkę a gostek wcale nie zwalniał prując jak po autostradzie zacząłem się obawiać o życie. Szczególnie, że już pokiereszowało mi coś nogę targając skarpetkę. Było wyboiście a ja nie mogłem się trzymać, bo w rękach butelki z piwkiem. Gostek koniecznie chciał mnie podwieźć nad samą rzekę, w końcu na dwudziestą prośbę o zatrzymanie posłuchał i pozwolił mi zejść z motorka. Uff. Na koniec zauważyłem na jego palcu pierścionek z trupią czaszką, jego kask był także jakiś „niemiecko podobny” a w lesie w którym się znajdowaliśmy podobno znajdowała się jakaś willa Himmlera, od razu pomyślałem , że gostek to jakiś jego duch, lub potomek albo wyznawca… Uratowałem się odnajdując Piotrka nad rzeką. Zasłużone piwko, i zabraliśmy się za klejenie kajaka. Na szczęście łatki i klej nadały się i „operacja” się udała.

img236operacja w krzakach trwa :)

Następne dni były już mniej ciężkie. Cała wycieczka której 127 kilometrowa trasa prowadziła najpierw Płonią do jeziora Dąbie, a dalej Domiążą i Zalewem Szczecińskim aż do Wolina zajęła nam pięć dni.

Po spędzonej spokojnie nocce w okolicach Wolina podjechaliśmy do Troszyna z zamiarem przepłynięcia rzeki Grzybnicy…img103                                                                                      idziemy nad wodę :)

Rzeka niezbyt długa więc najpierw jakby pod prąd płyniemy na jezioro Ostrowo, gdzie na jego południowym krańcu zawracamy i przez jezioro Piaski płyniemy w kierunku Zatoki Cichej (koło Kamienia Pomorskiego).

img106                                                                                            się przedzieramy

Niestety nasze płynięcie staje się coraz bardziej trudne, pojawia się w wodzie coraz więcej nazywanych przez nas „pływających wysp”. Wygląda to tak jakby koparka wyrwała kawał ziemi z trawa i trzcinami i wrzucała to do wody, a to tworzy coraz gęściejsze zatory na wodzie. najpierw odkładamy wiosła, odgarniamy pływające wyspy i się przedzieramy, po krótkim czasie wysp nie daje się już odgarniać i trzeba pomyśleć o wycofaniu. Teren podmokły , ale udaje się wyjść na brzeg i dotrzeć do odpowiedniego punktu obserwacyjnego…

img107                                                           tutaj chyba widzę, że nie widzę gdzie możemy płynąć :(

Zawróciliśmy gdzieś w okolicach Rozwarowa, płynąc z powrotem do Troszyna, z którego pojechaliśmy do Warnowa by następnego dnia przez jeziora Wolińskie i Dziwną dopłynąć do Wolina

img104

W Wolińskim Parku Narodowym

Kolejnym , ostatnim już etapem naszej wycieczki, po przenocowaniu w okolicy Wolina było dopłynięcie przez Zalew Kamieński do Bałtyku w Dziwnowie,  spędzenie tam rozrywkowej nocki i powrót do Kamienia Pomorskiego skąd  już pociągiem następną nocką wróciliśmy do domu. Samo dopłyniecie do Bałtyku było oczywiście z przygodami. Dopłynęliśmy w pobliże główek wyjściowych na morze, zaczęło nami bujać, postanowiliśmy zawrócić a gdy to uczyniliśmy wezwał nas pracownik kapitanatu, wręczając mandat za nie zgłoszenie wyjścia w morze. Tłumaczenie , że przecież nie wypłynęliśmy na morze na nic się zdało i trzeba było zapłacić. Taki akcent na koniec spływu :(

img239                                                            koniec wędrówki, pora opróżnić kajak :)

img240                                                                                        W Kamieniu Pomorskim

Po takim urlopie musiałem troszkę odpocząć, tak więc dopiero w następnym tygodniu wyjechałem weekendowo przepłynąć coś nowego- Pilicę z Koniecpola do Przedborza, a w następnym tygodniu na Mazury, by poznać tamtejsze szlaki kajakowe. Poznawanie rozpocząłem od Orzyszy, następnie były jeziora: Buwełno; Ublik Mały; Niegocin; Grajewko.  Dwa dni zleciały i wraz z Krystianem P. zeszliśmy na szlak Sapiny w Kruklinie

img243                                                                 schodzimy na jeziorze Kruklińskim

Na szlaku Sapiny , nad jeziorem Gołdopiwo rozstaliśmy się z Krystianem, bo on miał swoje kajakowe plany, a ja swoje.

img244                                                                               Poranek dnia rozstania z Krystianem

…i tak po wpłynięciu na główny szlak Wielkich Jezior Mazurskich w Ogonkach nad jeziorem Święcajty, poprzez Mamry; Kirsajty; Dargin; Łabap zajrzałem na Dobskie, dalej Kisajno ; Niegocin; Boczne; Jagodne; Szymon i Kotek Wielki dotarłem do jeziora Tałtowisko i Tałty po którym boczna wycieczka na jezioro Ryńskie do samego Rynu i spowrotem aż na Mikołajskie; Bełdany; Guziankę Wielką; Nidzkie: Wiartel i Brzozolasek dotarłem do Jabłoni skąd próbowałem dopłynąć do jeziora Pogubie Wielkie. Niski stan wody nie pozwolił mi na to. Postanowiłem odbyć prawie 4 kilometrowy spacer do Piszu nad Pisę. Gdzieś w tym opisie pływania po mazurskich wodach uciekło mi jeszcze kółko, które opłynąłem a które prowadziło przez jezioro Tyrkło; Śniardwy; Białoławki; Kocioł; Roś; Seksty i znowu Śniardwy. Pisą płynąłem dwa dni, spotykając na jej początku Krystiana, czekającego na grupę z Ostrołeki by z nimi odbyć tygodniowy spływ tą ładną rzeczką. Do Nowogrodu gdzie skończyłem, przyjechała po mnie żona i pojechaliśmy do Narewki bym mógł spłynąć rzeczkę Narewka. Udało się to szybko i bezproblemowo, bo do połączenia z Narwią to zaledwie 16 km. przemieściliśmy się zatem nad jezioro Siemianówka skąd Narwią właściwą popłynąłem do Wizny. 194 kilometry wędrówki zajęło mi cztery dni. Następnie z żoną wyskoczyliśmy na Nettę i Kanał Augustowski. Była to trasa tam i nazad. Zaczęliśmy na jeziorze Sajno i Nettą i kanałem do Polkowa i spowrotem do samochodu.

img241                                                                                                na szlaku Netty

Kolejnym etapem wycieczki była Biebrza z Lipska, do Narwi, a tą do Łomży w której większość czasu, który ja spędzałem w kajaku, moja żona spędzała z małą Magdą u swojej mamy. Takie wakacje…

img242                                                                      na szlaku Biebrzy ( gdy płynąłem jeszcze z Żoną)

Ostatnim szlakiem przepłyniętym na tym wyjeździe, był szlak rzeki Ełk z Ełku i kanałem Rudzkim do jego ujścia do Biebrzy. Wakacje mocno opływane :)

Rok 1994 kończę tradycyjnie Barbórkowym Wyścigiem po jeziorze Rybnickim

img245                                                                                           tak uchwycono start

img246                                                                              …a tak mnie na mecie :)

WP_20140419_017ddddddddddddddddddddddddmapka po roku 1994 w którym przepłynąłem 1885 km co podnosi mój ogólny licznik do 13528 km. Na wodzie 57 dni

ROK 1995

Rozpocząłem wraz z chłopakami z Jastrzębia-Krystianem i Bogdanem 23 kwietnia na Białej Przemszy. Piotrek był nam kierowcą. Wystartowaliśmy w Okradzionowie i do momentu spotkania z Piotrkiem w Sławkowie wszystko szło dosyć gładko. Dalsza trasa i jej zwałkowatość spowodowały, że Krystian roztrzaskał kajak. Nie dało się zaradzić, zeszło nam trochę czasu na dywagacjach gdzie by go zostawić, by go odnaleźć po naszym dopłynięciu do mety, nie było telefonów. Udało nam się dopłynąć do połączenia Białej z Czarną, niestety nie udało nam się spotkać Piotrka. Gdy już był plan wejścia w autobus i dojechania nim do domu, pojawił się mój fiat, pozostało odnaleźć Krystiana i wrócić do mnie na odreagowanie dzisiejszego stresu;)

Pomieszkałem tydzień i przyszła pora na majówkę. Postanowiliśmy wyjechać na dopływy Wisły, zaczynając od Kamiennej. W okolice miejsca startu (Bliżyn) dojechaliśmy w nocy a rano dojechał do nas Marek Krzywonos  (†). Było nas czterech Bogdan, Marek ja i Piotrek jako kierowca.

img247                                                  jedni  śniadankują , inni się modlą 😉 zaraz zaczynamy 🙂

Kamienna okazała się przyjemną, ładną nizinną rzeczką nad którą spędziliśmy cztery dni.

img248                                                                                   schodzimy w Bliżynie

img249                                 takie ciekawe tabliczki wyłowić można było z dna Kamiennej

Rzeka ta płynie przez ciekawe tereny i przez słynny Wąchock 🙂

img250                                                                                     jednego dnia podczas przerwy…

…obok sklepu ze wszystkim, nabraliśmy tak wielkiej ochoty na pyzy, że Marek zakupił sobie garnek (widoczny na focie) wiosło posłużyło za pokrywkę i na obiad były pyzy 🙂

img251

kolejna przerwa posiłkowa na szlaku Kamiennej

Kamienną dopłynęliśmy do Wisły, a umówieni byliśmy z Piotrkiem przy promie, który na mapach widniał kilka kilometrów dalej. Byliśmy już na środku Wisły gdy w ostatniej chwili dobiegł nas głos Piotrka, który po strasznych bezdrożach dojechał nad brzeg Wisły, dowiedziawszy się gdzieś że prom nie istnieje. Po tych samych bezdrożach odjechaliśmy, choć nie wszyscy. Ja jechałem , a cała reszta maszerowała za autem do momentu lepszej drogi :).

Pojechaliśmy do Modliborzyc na Sannę. Sanna to nizinna rzeczka, na której nie dzieje się nic ciekawego, zwykła taka sobie bylejakość na jeden raz, którą także dopłynęliśmy do Wisły

img252                                                                                               na Sannie

Z tej nudnej rzeczki pojechaliśmy na ciekawszą, lecz dosyć zanieczyszczoną Bystrzycę dopływ Wieprza. Rzeka okazała się momentami dosyć trudna. Do tego stopnia że, było kabinowanie. Wszyscy przeżyli 🙂

img253                                                smutny wieczór, rano opuści nas nasz najlepszy kierowca :(

Na szczęście i bez kierowcy udało nam się dopłynąć do końca Bystrzycy…

img254                                                               tutaj skończyliśmy wydłużoną majówkę   🙂

Dwa tygodnie później odbył się , a właściwie nie całkiem się odbył OSK Skawą, z powodu wysokiej wody przepłynęliśmy tylko pierwszy etap z Zembrzyc do Czartaka.

Nastąpiła dłuższa przerwa od kajakowania. W połowie czerwca pojechałem z Bogdanem G. do Boronowa na Liswartę

img255                                                                              na dowód że Liswarta 🙂

img256                                                                                    taka wąziutka Liswarta

Na Liswarcie spędziliśmy trzy dni, jeżdżąc po każdym etapie po pozostawiony na starcie samochód.

img257                                                               udogodnienie dla kajakarza-przepławka  🙂

img258                                                                                             Na Liswarcie

img259                                              Tym razem Bogdan pojechał po auto, a ja się posilam  🙂

Po dopłynięciu do Warty dopłynęliśmy do Wąsosza i tutaj zakończyliśmy trzydniową wycieczkę.

img260                                                                   Nad Wartą w Wąsoszu Górnym

Kolejny miesiąc w domu i wyjechałem z Andrzejem Arendtem (†) na dopływy Narwi. Część wędrówki jeździłem po etapie po auto, część auto miała wakacjująca w Łomży Gosia przewożąca nas na rzeki. Zaczęliśmy od Szkwy którą spłynęliśmy od Rozogi do Narwi, a tą do Rogala- dwa dzionki minęły. Następną rzeczką była Rozoga od Jerut do Teodorowa nad Narwią- kolejne dwa dzionki.

img263                                               Pod tym mostkiem rozpoczęliśmy płynięcie Rozogą

Następną była Sawica na której spędziliśmy jeden dzień. Trasa z Kobyłochy do Wielbarka.

img261                                                       wygląda na to, że mokliśmy czasem na trasie…

Następnego dnia, chciałem spłynąć Czarną z Czarnego Pieca, Andrzej nie chciał popłynąć czymś takim i miał rację, udało mi się spłynąć tylko z jeziora do pierwszego mostu i z powodu niskiej wody i zadrzewienia koryta , zawróciłem. Moja trasa to trzy kilometry 😉

Przejechaliśmy na Omulew zaczynając z miejscowości Natać Mała. Pamiętam dwie przygody. Pierwsza to atak łabędzia, zacząłem płynąć tyłem , by mieć oko na „agresora” i móc się przed nim bronić a rzeczka mnie niosła, aż pod mostkiem zniosła mnie tyłem przez (na szczęście) nie wysoki prożek. Łabędź wygrał, opuściłem jego teren, nikomu nic się nie stało. Druga przygoda, której nie zaliczam do fajnych był najazd miejscowych podpitych kolesi na nasz biwaczek, miejsce którego wybrał Andrzej. Było to przy mało uczęszczanym mostku  drogowym, gdzie nad rzeczką piknikowały sobie dwie parki, a nasi nocni najeźcy jeszcze za dnia  zakłócali ich spokój. Parki pod wieczór odjechały znad rzeki, my zostaliśmy. Koło północy obudził nas hałas jeżdżącego w kółko przed namiotem „malucha”. Następnie były krzyki wywołujące nas z namiotu, dźwięk trzaskanego szkła itp. Nie daliśmy się sprowokować, a oni po kilkunastu minutach znudzeni odpuścili i odjechali. Po dźwięku trzasku drzwi, wiem że były przynajmniej dwa auta. Rano zobaczyliśmy okrąg rozjeżdżonej trawy , a ślady opon były oddalone dosłownie dziesięć centymetrów od naciągu masztu naszego namiotu. Naokoło kilka porozrzucanych butelek po winie marki wino… Andrzej uznał, że teraz ja będę wybierał miejsca noclegowe, i do dnia dzisiejszego unikam na nocleg podczas kajakowej włóczęgi miejsc łatwo dostępnych  dla postronnych osób. Dzięki tej zasadzie jakoś spokojnie upływa mi czas samotnego kajakowania.

img262                                                                                  gdzieś na  biwaku

Omulwią wpłynęliśmy na Narew i zawróciliśmy do Grabowa. Ostatni dopływ Narwi, który udało nam się przepłynąć to Orzyc. Czas pozwolił nam na przepłynięcie Orzyca z Janowa do Narwi, a tą do Pułtuska. Wracając z udanego wyjazdu, postanowiliśmy spłynąć jeszcze bliższą naszym rodzinnym stroną Wolbórkę. Zaczęliśmy w Będkowie, skończyliśmy w centrum Tomaszowa Mazowieckiego, skąd udało mi się szybko dotrzeć po auto no i w końcu do domu.

Nie wiem jak to się stało i dlaczego, ale następnym spływem był dla mnie dopiero grudniowy wyścig Barbórkowy po jeziorze Rybnickim. Tam zakończyłem tegoroczne wędrowanie kajakiem którego licznik wykazał 869 km.a które zajęło mi 27 dni.

IMGP9164                                                                 mapka po przepłynięciu ogólnie 14397 kilometrów