2023-08-12-23 Rowerami od Tczewa do Białegostoku głównie przez Green Velo

W piątkowy wieczór wsiadamy na obładowane rowery by dojechać na katowicki dworzec PKP z którego po 21 zabierze nas opóźniony pociąg jadący z Krakowa na Hel.

Bilety mamy kupione już od miesiąca. Dla mnie , żony i kuzynki która wsiądzie do pociągu trzy godziny później. Ciekawostka: pociąg z całkowitą rezerwacją miejsc, a ludzie siedzą na podłogach i korytarzach. Miejsce kuzynki też jest zajęte, zobaczymy co będzie gdy ona wsiądzie…Po północy Ewa wsiada. Ma wolne swoje miejsce, jedynie rower musimy zapakować na drugim końcu wagonu. Nocka dla mnie nie przespana, do końca drogi opóźnienie, wysiadamy w Tczewie przed szóstą rano. Dziewczyny za godzinę mają pociąg do Elbląga, ja ruszam tam rowerem. Nie chcę przerwy na mapie w objeździe Polski dookoła.

                                                                                                Przed dworcem w Tczewie

Najpierw wzdłuż Wisły odwrotnie do jej biegu, do mostu w Knybawie po którym widziałem jeżdżące rowery , gdy płynąłem ostatnio kajakiem. Ten most jest na drodze krajowej nr.22. To ruchliwa droga, ale na tym odcinku w remoncie.Jadę remontowaną nitką, ale daję radę. Siedem kilometrów do zjazdu z tej trasy. By szybko dogonić dziewczyny jadę według nawigacji i oczywiście tracę się w polach wjeżdżając w mało uczęszczaną drogę. Mało albo wogóle, bo brak tu śladów jazdy. Buty już mokre, rosa zrobiła swoje. W pewnej chwili dostrzegam w polu rozbitą pałatkę pod którą ktoś zapewne kima, bo jest też i rower. Nie zakłócam ciszy przemykając dalej z pewną pociechą, że gdzieś ta droga jednak prowadzi, to i mnie zaprowadzi. No i faktycznie. Przed ósmą rano dojeżdżam do Malborka 🙂

                                                                                                                      Malbork

Tu śniadanko, kilka fotek zamku krzyżackiego i dalej w stronę Elbląga.  Można by dalej DK22, ale to wątpliwa przyjemność.  Jadę z nawigacją dopóki nie każe mi wjechać do samotnego obejścia położonego na skraju skoszonego pola. Po dwóch próbach jazdy drogą prowadzącą w przeciwnym do zamierzonego, kierunku skręcam w pole z nadzieją dojechania przez nie do właściwej drogi. Niestety, na górce okazuje się, że trafiam na ogrodzenie którego końca nie widać z żadej strony. Jest za to tablica, że jest to teren wojskowy z zakazem wstępu 😞. Nawigator tego nie widzi.  Jadę wzdłuż ogrodzenia, aż do zakrętu i bardziej uczęszczanej drogi z której zjeżdżam w pola, tym razem nie skoszone, z nadzieją że dojadę do domostw które widzę w odległości kilkuset metrów.

                                                                                                            Taka przygoda 🙂

To był błąd. Od domów oddziela mnie wał linii kolejowej,  a od wału jakiś ciek wodny który jest zbyt szeroki bym go pokonał z rowerem. Przedzieram się przez pole w kierunku drogi która mnie tu doprowadziła. Muszę pokonać rów z wodą w którym grzęźnie mi rower. Udaje mi się go uratować,  ale jestem wymęczony taką trasą, która w połączeniu z nieprzespaną nocką i rosnącą z każdą godziną temperaturą znacznie odbiera mi siły. Gdy w końcu docieram do DK 22, dowiaduje się od policjantów schowanych tutaj z „suszarką”,  że za chwilę przede mną lotnisko wojskowe które lepiej ominąć trzymając się głównej trasy, która wciąż etapami jest remontowaną, a ruchem wahadłowym kieruje sygnalizacja świetlna. W miejscowości Stare Pole odjeżdżam wreszcie od trasy i kulam się do Elbląga. Miałem w planie przejazd obok najniższego punktu w Polsce w Raczkach Elbląskich, jednak perypetie dnia dzisiejszego i trasa którą jeszcze mam pokonać skłoniły mnie do wybrania najkrótszej drogi do Elbląga. Po drodze oglądam jedynie ruiny kościoła w Fiszewie.

                                                                                                                W Fiszewie

                                                                                                    I wreszcie w Elblągu

Przez Elbląg zaczynam pedałować o trzynastej godzinie, a do mariny w Suchaczu, gdzie przy zimnym piwku czekają na mnie dziewczyny, docieram o 14.30.  To najlepsza pora by zjeść obiadek, chwilę odpocząć i już w komplecie ruszyć w poszukiwaniu noclegu. Plan jest taki,by dotrzeć do „Świętego Kamienia” nad Zalewem Wiślanym w granicach Tolkmicka. Udaje się to jeszcze za dnia 😉  , ale miejsce zasiedziane jest przez kilka młodych osób odpoczywających przy ognisku. To miejsce do którego szerokim torem dojeżdżają również drezyny napędzane przez rowerzystów pedałujących na dwóch rowerkach będących „silnikami” drezyny z Tolkmicka i lub  z Fromborka. Dziś już na szczęście nie przyjadą. O dwudziestej pakujemy się w namiot nie zważając na ewentualne komentarze sąsiadów o zgredach chodzących spać w wakacje o  tak wczesnej porze, lecz my już marzymy tylko o odpoczynku. (Przejechane ok.96 km.)

                                                                                                            Święty Kamień.

Dzień 2.Nad ranem kropi deszcz , ale po pobudce która następuje o 8 rano po deszczu nie ma śladu. Po wczorajszej młodzieży też nie. Jesteśmy sami, lecz stan ten  nie trwa zbyt długo.  Najpierw trzy „amazonki” konno podjeżdżają na brzeg Zalewu, później samotny rowerzystą robi sobie tu przerwę śniadaniową, a gdy jesteśmy już „zwinięci” zaczynają podjeżdżać drezyny z turystami.

                                                                                                        Ładny obrazek z rana

 Ewakuujemy się po dziesiątej, i najpierw wzdłuż torowiska, głównie prowadzimy rowery, bo jazda po podkładach kolejowych jest bardzo mało komfortowa. Ten odcinek trasy ma ponad dwa kilometry i już po jedenastej możemy normalnie jechać. Jesteśmy na szlaku, cel Frombork. W nim chwila przerwy nad wodą i w centrum i w południe ruszamy dalej.

                                                                                                          We Fromborku

Ciągle linią brzegową Zalewu Wiślanego aż do Nowej Pasłęki, gdzie skręcamy przed mostem nad Pasłęką, by pod jej prąd, jej lewym brzegiem dojechać do Braniewa.

                                                                                                                      Taka historia

Krążymy chwilę po mieście szukając jadłodajni z szybkim jedzonkiem lądując ostatecznie w restauracji miniętej godzinę wcześniej nad brzegiem Łyny. Po posiłku dalsze krążenie po mieście, tym razem w poszukiwaniu szlaku wyprowadzającego z miasta. W  każdym większym miasteczku ten sam problem. Gubienie szlaku 😞. W końcu jest, więc pedałujemy w stronę Pieniężna zostając na nocleg w lesie niedaleko przed tym miastem.  Musimy tak, bo z rana koniecznie trzeba uzupełnić zapasy żywieniowe.  Dziś niedziela,  pojutrze święto a sklepów mało po drodze. Za nami około 60 km.

                                                                                                        Miejsce noclegu z rana

Dzień 3. Do wspomnianego Pieniężna mamy dwanaście kilometrów które pokonujemy między innymi doliną rzeki Wałszy. W mieście krótka przerwa na zakupy. Obkupieni śmigamy dalej w upalnym słońcu różnymi dróżkami.

                                                                                                                          Takie dróżki.

Leśnymi, polnymi, szutrowymi i asfaltowymi i tak aż do Górowa Iławieckiego gdzie robimy przerwę na obiadek w restauracji przyjaznej rowerzystom. Tak przyjaznej, że zostajemy przy obiadku poczęstowani tzw. nalewką rowerzysty :-). Daliśmy radę kontynuować naszą podróż po tym poczęstunku. Droga dosyć trudna i wymagającą podczas której z każdym kilometrem rodzi się coraz mocniejsze marzenie o biwaku nad wodą. Wodą nadającą się do kąpieli. Pięć kilometrów przed Lidzbarkiem Warmińskim ukazuje się nam MOR (miejsce obsługi rowerzystów) , tuż nad jeziorem Wielochowskim. Przez ten gorący dzień zabrakło nam płynów a jutro święto, stąd dylemat. Kąpiel czy picie? Udaje się dojść do porozumienia. Ja zostaję organizując obozowisko, dziewczyny jadą do miasta na zakupy. Nad jeziorną plażyczką ciągła wymiana spacerowiczów i zażywających kąpieli. Generalnie biwakowanie przy MORach nie jest regulaminowe, ale zaryzykowaliśmy i udało się. Tak przenocować jak i zażyć kąpieli przed snem. 😀. Za mną około 70 km.

                                                                         MOR nad jeziorem Wielochowskim

Dzień 4. Śniadanko przy stoliczku nad jeziorem i odjazd. W Lidzbarku po dziesiątej przerwa na lody w rozmiarze XXL bo od rana znowu upał. Jak to już tradycyjnie w większym mieście problem z wyjechaniem z miasta zgodnie z obranym szlakiem, ale w końcu z powodzeniem. Na odjezdnym spojrzenie na zamek obok którego rozstawiana jest scena na której od jutra odbywać się będzie Mazurska Noc Kabaretowa. Znów byliśmy za wcześnie 😉.

                                                                                                  Zamek w Lidzbarku Warmińskim

Dalej obok Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Stoczku Klasztornym, gdzie swego czasu internowany był Kardynał Wyszyński. Akurat jest msza, więc nie zaglądamy do wnętrza ruszając dalej pod pałac i folwark w Galinach. Wprawdzie nie wiemy o istnieniu takowego, ale szlak nas tam doprowadza przez ładny leśny odcinek. Dużo ludzi, ale nie znajdujemy niczego dla nas. Ruszamy dalej. Trudnymi, krzywymi drogami z trelinek, na otwartym terenie w temperaturze wyświetlanej na moim liczniku wskazującym 42 st.C. dojeżdżamy do Bartoszyc, gdzie tradycyjnie nakręcimy kilka kółek znajdując odpowiednią jadłodajnię i jeszcze więcej, by odnaleźć szlak wylotowy z miasta do którego dojeżdżamy przed szesnastą, a po siedemnastej z niego wyjeżdżamy. Po godzinie pedałowania, spragnieni natrafiamy na otwarty sklep w Liskach. Sklep ze wszystkim i miłą właścicielką. Artykuły spożywcze, agencja pocztowa i lane piwo . Tyskie za 6 pln. za kufel.

                                                                                                                                      🙂

Żal odjeżdżać 😀. No ale trzeba. O dziewiętnastej mijamy mosty w Sępopolu. Najpierw ten nad Łyną a kawałeczek dalej nad Guberem, tuż przed jego do Łyny ujściem. Pora wyszukać miejsca na nocleg. Wzdłuż kukurydzianego pola udaje się dokulać na łączkę nad Guberem. Wprawdzie zejścia do rzeki brak , ale jest przycumowana łódka która służy nam za pomost umożliwiający dostęp do wody. Odświeżeni i wyluzowani siedzimy chwilę przed namiotem podziwiając z każdą chwilą coraz bardziej zagwieżdżone niebo 😀. Za nami ok.78 km.

                                                                                                            Nad Guberem

Dzień 5. Tego dnia nie ociągamy się zbyt długo przed startem bo musimy gdzieś przyswoić śniadanko. Wczorajsze święto zredukowało nasze żywieniowe zapasy. Pierwszy sklep trafiamy dość szybko, tylko obok niego wykładają drogę kostką. Kupa kurzu i hałasu z docinanych kostek. Kulamy się dalej natrafiając na przydrożny mały sklepik w Bykowie. Życzliwa właścicielka na hasło „jesteśmy głodni” sprzedaje nam co tylko chcemy, dodając w gratisie cały czajnik wrzątku, byśmy mogli na przysklepowym stoliczku zjeść po ludzku śniadanko z herbatką 🙂

                                                                                                      Pod sklepikiem w Bykowie

       Posileni ruszamy dalej by w samo południe dojechać do miejscowości Barciany. Mijamy tablicę informującą że do rusa 13 km., pod pokaźny krzyżacki zamek nie podjeżdżamy, bo po pierwsze upał już trochę nam doskwiera, po drugie kiedyś, przy okazji mojego spływu Łyną już go oglądaliśmy. Znowu zakupki , głównie płynów i pedałujemy dalej. Coraz bliżej Wielkich Jezior Mazurskich. Przez Pastwiska i Ogródek (takie miejscowości 😀) głównie drogami szutrowymi z których na jednej akurat kładziono asfalt, kierując nas w pole, na szczęście skoszone,

                                                                                                       Kładą asfalt między polami 🙂

Dojeżdżamy do Srokowa gdzie jakoś bez błądzenia natrafiamy na restauracyjkę w której łapiemy się na szybki smaczny obiadek. Pojedzeni, jedziemy ścieżką rowerową wzdłuż drogi wojewódzkiej 650, mijając parking przy śluzie Leśniewo (na Kanale Mazurskim), i tym samym ścieżkę skrótową do Mamerek osiągając po dziesięciu kilometrach MOR Jezioro Mamry.

                                                                                                                Jezioro Mamry

Fajny widok na jezioro, ale o pozostaniu tu nie ma mowy. Rondo ruchliwej drogi i rozjazd. Postanawiamy zjechać z naszego Green Velo, i pojechać wzdłuż jeziora w kierunku Sztynortu. Po drodze Mamerki ze słynnymi bunkrami, ale czasu mało, a terenu do zwiedzania dużo. W Pniewie robimy przerwę w sklepie i okazuje się że żona nie ma portfelika 🤔. Poprzedni z nim kontakt był 15 km. wcześniej – przy obiedzie. Co robić? Telefon do restauracji nie odbierany, do firm sąsiadujących też nie. No nie fajnie. Udaje się znaleźć Pana, który zabierze żonę samochodem do Srokowa, chwilę trwa przygotowanie do odjazdu, już gość wsiada do auta, a ja znajduję portfelik leżący sobie na sakwie transportowej. Uff. Ależ nam ulżyło. Zaczyna wychodzić zmęczenie. Do portu w Sztynorcie dojeżdżamy przed osiemnastą. Mnóstwo żeglarzy, jachtów i hałasu. Nie ma co tu zostawać. Sklepik i odjazd w kierunku dzikiego pola biwakowego (gminnej plaży) nad jeziorem Dobskim wzdłuż jezior: Sztynorskiego a później Łabap. Na wybojach przytrafia się jeszcze urwanie śruby bagażnikowej w rowerze żony, którą pomaga nam uzupełnić przypadkowy kierowca, który słysząc o naszej trasie i perypetiach, zaprasza na nocleg do siebie do jakiegoś ,tak z pięć kilometrów wcześniej mijanego przez nas miejsca :-(. Na naszą słabą aprobatę pomysłu (bo były spore wzniesienia po drodze) pan, wraz z żoną oferuje przyjazd po nas z przyczepą. Szok. Taka życzliwość. Dziękujemy wymieniając się telefonami . Chcemy zobaczyć miejsce do którego zmierzamy i okazuje się że nam ono odpowiada, mimo że dość spora linia brzegowa jest zamieszkana przez turystów namiotowych i kamperowych. Podobno mogą być burze, rozbijamy się zatem z daleka od drzew i brzegu jeziora a noc mija spokojnie. 😀. Za nami dzisiaj około 72 km.

                                                                                                      Biwak nad jeziorem Dobskim

Dzień 6. Startujemy o dziewiątej pod lekko zachmurzonym niebem, które z każdą chwilą robi się coraz mocniej błękitne. Postanawiamy  objechać jezioro Dobskie i wzdłuż Kisajna dojechać do Giżycka. Szlakiem wokół Jezior Mazurskich. Prawie w południe osiągamy to miasto.

                                                                                                                                                    🙂

Najpierw wizyta na wieży widokowej, później plaża nad jeziorem Niegocin, niezbędne zakupy i ruszamy znowu w kierunku Kisajna, do którego najbliżej dojeżdżamy w Pierunkowie. Odbicie na północny wschód, przez Świdry i Pieczarki do Pozezdrza. Tutaj na chwilę rozstaję się z dziewczynami. Odbijam w lewo by zobaczyć byłą kwaterę Himmlera: Hochwald.

To też duży leśny teren do obejścia. Oglądam tylko jeden duży bunkier i wracam na szlak goniąc dziewczyny.Doganiam je w Kutach, gdy odpoczywają sobie nad jeziorkiem Czarna Kuta. Jest siedemnasta. Za wcześnie na metę. Jeszcze za gorąco. Jedziemy dalej.

Obok rezerwatu przyrody Piłackie Wzgórza przed dziewiętnastą osiągamy Banie Mazurskie. Miejscowość nad Gołdapą. Znowu zakupy i odjeżdżamy, bo tutaj zanocować się nie da. Na mapie widzę, że niespełna dwa kilometry dalej jest łowisko z przychylnymi opiniami w necie o tym miejscu. Odległość nie wielka, ale wzniesienia spore, a na miejscu gdzie nawigacja każe skręcać w prawo jest zamknięta brama. Udaje się dodzwonić do pani która informuje że łowisko już od dwóch lat nie istnieje, a terenu pilnuje groźny pies. Ach ten internet 😞. Wracamy przez pola i przy polach natrafiamy na prywatną działkę na której Pan ma nie ogrodzony mały rybny staw, i kilka grządek z ogórkami. Ma również kawałek trawy na którym pozwala postawić nam namiot. W samą porę, bo robi się już ciemno. Gospodarz częstuje nas świeżo zerwanymi ogórkami i odjeżdża do domu. Liczymy na spokojny sen a tu na sąsiadujących z działką polach zaczyna się spory ruch. Najpierw traktory koszą tworząc bele skoszonego siana, a potem podjeżdża traktor ładujący te bele na przyczepę. Robota trwa chyba dłużej niż do północy po czym następuje błoga cisza. Dobranoc 😀. Za nami około 80 km.

                                                                                                           Poranek w miejscu nocowania

Dzień 7 . O 9:00 rozpoczynamy jazdę. Ścieżka wiedzie nas wzdłuż drogi krajowej 650 sprawiając wrażenie szlaku po jakimś starym nasypie kolejowym, ale jedzie się fajnie choć upał nie odpuszcza. W południe osiągamy Gołdap. Przejażdżka po rynku a dalej nad jezioro i tężnie.

Duże parkingi a ludzi jakoś malutko. Nie wiem czy to już po sezonie, czy bliskość rusa. Przez jezioro Gołdap nad którym się znaleźliśmy przebiega granica z tym krajem. Kompleks uzdrowiskowy (Mazurski Zdrój) rozbudowuje się i powiększa teren. Odpoczywamy chwilę przy tutejszych tężniach i ruszamy dalej na północny wschód robiąc kolejną przerwę na kąpiel w jeziorze Czarnym. Odświeżeni i pełni sił 😉, kulamy się dalej zbliżając się coraz bardziej do granic Parku Krajobrazowego Puszczy Romnickiej. Wzniesienia i temperatura dają nam popalić, dlatego napotykając na MOR i gminną plażę nad jeziorem Przerośl, postanawiamy tu zanocować mimo sporej ilości biwakowiczów. Jest piątek, ognisko i muza, ale nam to nie przeszkadza. Po dwudziestej pierwszej zalegamy w namiocie, a przed północą jest już cichutko 😀. Za nami około 61 km.

                                                                                                                  Taki biwaczek dzisiaj

Dzień 8. Dzisiaj w planie słynne wiadukty w Stańczykach, dlatego ja wyjeżdżam chwilkę wcześniej by zobaczyć podobne, a nie skomercjalizowane jeszcze mosty w pobliskich Kiepojciach. Robią wrażenie, ale po kilku zdjęciach ruszam ku tym najsłynniejszym przy których jeszcze nigdy nie byłem . W Stańczykach przy wieży widokowej nad jeziorem Dobellus Duży , spotykam dziewczyny. Szybkie wspinanko na wysoką wieżę, rzut oka w każdym kierunku i jedziemy pod mosty które widać także z tej wieży. By móc wejść na, lub pod mosty trzeba kupić bilet za 10 pln. Tak właściwie pod mosty wchodzić nie wolno. Mówią o tym tablicę ostrzegawcze, ale ja oczywiście nie mogłem sobie odmówić by zobaczyć jak wyglądają mosty z dołu. Noo, są wysokie. Robią wrażenie. Na górze też. Przy bramie kasowej, dostrzegam mapkę z opisem szlaku do głazu Wilhelma. Zdjęcie głazu robi na mnie takie wrażenie , że postanawiam zobaczyć go naocznie. Jadę sam, odnajduję głaz i jestem zniesmaczony. Na zdjęciu był dużo większy, bynajmniej takie sprawiał wrażenie, w rzeczywistości nie był zbyt duży. Pozostawiony tu został na pamiątkę upolowania dwu tysięcznego jelenia 🙁

                                                                                                                     Niezbyt duży głaz

Z nieba spada kilka kropel deszczu, a ja gubię się w Puszczy Romnickiej 😞. Krążę po leśnych wertepach krzywiąc jedną z trzech zębatek mojej przekładni rowerowej. Na szczęście daje się jechać, udaje się wrócić na szlak i dogonić dziewczyny przy kolejnej wieży widokowej w Pobłędzie.

                                                                                    Tutejsze wieże robią wrażenie. Sporo drzewa na nie poszło 🙁

Na tym odcinku spotykamy kilku rowerzystów , no ale dziś sobota więc ludzie rowerują. Nasz następny cel to trójstyk granic. Rusy, Polska i Litwa. Docieramy tam po niespełna godzinie widząc wcześniej drona który nas obserwuje, a później gdzieś ginie w pobliżu granicy z rusem. Sam trójstyk w Wisztyńcu to miejsce otwarte dla turystów. Można zbliżyć się prawie do samego słupa, który przed atakiem ruskich na Ukrainę, stał swobodnie przedstawiając tylko oznakowania mówiące że na polską i litewską stronę można wejść, na ruską nie. Obecnie słup i granica odgrodzone są wysokim płotem…

                                                                                                                   Tak ogrodzony słup

Odjeżdżam od trójstyku, na około dwieście metrów by móc na chwilkę wejść na terytorium Litwy. Szybkie selfie z litewskim słupem granicznym i wracam do Polski. Ruszamy na południe. Spoglądając na mapę naszego kraju, pomyśleć by można, że teraz będziemy mieć już z górki, a tu nie. Teraz zaczynamy rowerową wspinaczkę i tak aż do MORa Okliny. Za nim nareszcie zjazd, przez Kłajpedę aż nad najgłębsze polskie jezioro – Hańcza.

                                                                                                                     Jezioro Hańcza

Tu bardzo dużo ludzi a jeszcze więcej os nie pozwalających na spokojny odpoczynek. Jemy chińską zupkę i uciekamy, bo os z każdą minutą coraz więcej. Jedna nawet mnie ukłuwa 😞. Jedziemy obrzeżami najpierw Rezerwatu Przyrody Głazowisko Bachanowo, a dalej Suwalskiego Parku Krajobrazowego i źródeł rzeki Szeszupy rozbijając namiot na skarpie z widokiem na położone dużo niżej jezioro Linówek. Jako że było już dosyć późno nie mieliśmy świadomości, że biwakujemy na terenie Rezerwatu Przyrody Rutka, tuż obok platformy widokowej którą odkrywamy dopiero rano 😀. Za nami około 64 km.

                                                                                 Poranne odkrycie usytuowania naszego biwaku

Dzień 9. W nocy kręciła się wokół nas burza, na szczęście dosyć daleko, choć deszczyk dał radę zmoczyć nam kilka rzeczy, w tym śpiworki i karimaty. Od rana jednak grzeje słonko, które naprawia nam wszelkie szkody. Startujemy w kierunku jeziora Szelmęt Wielki robiąc po drodze zakupy w Jeleniewie. Miejscowości po której wbrew nazwie, nie biegają jelenie, ale konie z jeźdźcami już tak 😉.

                                                                                                 Nie jelenie w Jeleniewie 🙂

Przed jedenastą dojeżdżamy do rogatek Suwałk. Do centrum droga trochę się ciągnie, ale trafiamy tam. Najpierw Park Konstytucji 3 Maja, później główna ulica: Chłodna, a jak chłodna to pora na loda, bo na obiad zbyt wcześnie. Jest też plac Marii Konopnickiej na którym, albo sprzątają, albo szykują imprezkę z głównym hasłem 800+. Nie zostajemy, jedziemy w kierunku Wigierskiego Parku Narodowego a dokładnie pod Pokamedulski Klasztor w Wigrach.

                                                                                                                 Klasztor w Wigrach

Spędzamy tam chwilę, bo dużo odwiedzających i jedziemy dalej – do Wysokiego Mostu, od którego przez dłuższy odcinek będziemy jechać wzdłuż Czarnej Hańczy. Cieszyłem się na tą trasę, ale szybko pożałowałem. Fajna szutrowa dróżka przez las , niestety otwarta także dla samochodów, które z przyczepami kajakowymi co i rusz pędziły to w jedną, to w drugą stronę. Zielony las nie był zielony a siwy od kurzu, którym przyszło nam oddychać 😞.

                                                                                                     Dobrze że chociaż rzeczka ładna

W międzyczasie na jednej z przystani robimy przerwę posiłkową i ruszamy dalej. We Frąckach rozdzielamy się. Dziewczyny kontynuują Green velo dalej wzdłuż rzeki, ja odjeżdżam w stronę granicznego trójstyku, tego mniej turystycznego. Wbijam cel w nawigację i wygaszam ekran, by oszczędzić trochę słabą już baterię, bo przede mną kilkukilometrowa prosta. Po ponownym uruchomieniu telefonu okazało się że nie ma zasięgu i mapa mi się straciła 🙁 . Akurat w środku lasu, w miejscu upamiętniającym Tymczasowy Obóz Ofiar Obławy Augustowskiej z lipca 1945 roku. Wiele krzyży i figura Chrystusa, a do tego oznaka nowoczesności obecnych czasów : półeczka z portami USB do ładowania telefonów.

                                                                                                                                            🙂

Ładowanie by mi się przydało, ale czasu na to nie mam. Ruszam póki co na pamięć ostatniego spojrzenia i zapamiętania mapy, a po kilku kilometrach wiem, że znowu się zgubiłem. Kręcę się intuicyjnie, aż nagle mapa łapie moją pozycję i szlak do trójstyku. Okazuje się że zboczyłem z trasy jedynie trzy kilometry, które teraz muszę powtórzyć i dodatkowo podobny dystans został mi do celu. Wyjeżdżam wprost na kamerkę wiszącą na nowo wybudowanym na polsko – białoruskiej granicy ogrodzeniu. Jest tu również tablica ostrzegająca przed wejściem na pas graniczny wzdłuż ogrodzenia. Karą może być nagana albo nawet pięćset złotych.

Nie ryzykuję, a do trójstyku zaledwie jakieś dwieście metrów 😞. Kombinuję którędy wracać, bo najprostsza droga wiedzie wzdłuż ogrodzenia do którego zbliżyć się nie mogę :-(. Zauważam wydeptaną ścieżkę między drzewami. Prowadzi w stronę trójstyku, ale nie dotyka pasą granicznego. Idę. Po jakichś stu metrach, gdy już widzę trójstyk, nagle staje przedemną młody człowiek w mundurze. Nie wiem kto to, bo nie widzę żadnych dystynkcji na pagonach, ale jest też mały szałas i dziewczyna w mundurze, a obok szałasu oparty kałasznikow. No chyba pogranicznicy?. Nie chcą się przyznać, ale są mili. Robią mi nawet fotkę na tle trójstyku.

Z kałachem nie pozwalają zrobić 😀. Na odchodne, gdy pytam czy nie mogli by mnie poczęstować wodą, wręczają mi dwie 1,5 litrowe butelki. Biorę jedną, bo tyle mi wystarczy. Dziękując serdecznie odjeżdżam w kierunku Rygola. W lesie napotykam jeszcze jeden damsko-męski patrol samochodowy. Ci również mili, po kilku zdaniach wyjaśnienia mojej tutaj obecności tłumaczą mi jak dojechać tam gdzie chcę. Mijam po drodze kilka ciekawych miejsc i przed dwudziestą docieram do dziewczyn rozbitych dziś na polu namiotowym w Jazach nad jeziorem Mikaszewo. Będzie kąpiel w ciepłej wodzie 😀. Na liczniku dzisiaj prawie stówka :-).

Dzień 10. Troszkę pochmurno. O 9,30 ruszamy wzdłuż szlaku Czarnej Hańczy dojeżdżając w samo południe do Augustowa. Chwilę kręcimy się po mieście bo tak prowadzi szlak, aż trafiamy do apetycznej restauracji Albatros. Okazuje się że to ta słynna restauracja w której pośród siedmiu dziewcząt była ta jedyna: Beata :-).

Dziś ma tu swoją ławeczkę do której ustawiają się kolejki chętnych na selfie z Beatą. Po wchłonięciu kartacza, jedziemy dalej a słońce wychodzi wreszcie zza chmur. Z Augustowa wyjeżdżamy wzdłuż rzeki Netta, a później do śluzy Dębowa na Biebrzy. Tutaj odcinki kiepskiej drogi. Szuter rozjeżdżony przez traktory na całej szerokości. Nie można się rozpędzić nawet z górki. Ehh. Teraz doliną Biebrzy raz w bliższej, raz w nieco dalszej od niej odległości dojeżdżamy do Goniądza za którym na skoszonej łące rozbijemy dzisiejsze obozowisko 😀. Przejechaliśmy dziś prawie 92 km.

                                                                                                         W Biebrzańskiej okolicy

Dzień 11. Przedostatni poranek. Znowu piękny, słoneczny. Ruszamy o 9.30 udając się pod dyrekcję Biebrzańskiego Parku Narodowego. Tutaj można zakupić bilety tak do Parku, jak i na zwiedzanie Twierdzy Osowiec. Dowiedziawszy się o godzinach zwiedzania i czasie jaki jest na to potrzebny (2 h.) zważywszy że tylko ja byłbym chętny bliżej poznać to miejsce, odjeżdżamy , by tak zwaną Drogą Cesarską po ładnej asfaltowej mało uczęszczanej szosie, prawie trzydzieści kilometrów bez zakrętów przez las dotrzeć do Strękowej Góry. Mimo wielu tablic ostrzegających o możliwości spotkania łosia na tej trasie, my żadnego nie spotkaliśmy 😞.

                                                                                                                                     🙂

Był jeden MOR, wieżyczka widokowa z widokiem na Bagno Ławki, i drewniana ścieżka prowadząca nad bagnami „Długa Luka” z zakazem wjazdu rowerów. Była też maszyna którą w ciągu minuty ścięto dorodnego świerka obrabiając go z gałęzi. Myślę że podczas dniówki, operator był w stanie wyciąć kawał lasu :-(. W Strękowej Górze skręcamy w lewo i teraz wzdłuż Narwi będziemy jechać w kierunku jej źródeł. W miejscu gdzie żona prowadzi rower rozmawiając przez telefon, zza bramy obejścia pani pyta czy chce pomidorki?. Chwila rozmowy o naszej podróży i pani obdarowuje nas kilkunastoma dorodnymi pomidorami z których prawie każdy jest inny. Inna odmiana. Taka miła niespodzianka na trasie. Jedziemy do Tykocina. Miasteczka pełnego wycieczek przez co trudno załapać się gdzieś na obiadek. Wszędzie rezerwacje. Najbardziej znany szczególnie z filmu „U Pana Boga w ogródku” Alumnat też oblężony.

                                                                                                                      Alumnat

Znajdujemy wreszcie żydowską restaurację obok Wielkiej Synagogi, która mimo rezerwacji poda nam jakieś jadło. Na zdjęciach wiszących na ścianach restauracji widać, że sporo gości ze światka filmowego tutaj bywało. Posileni jedziemy jeszcze na loda z czasów PRL (takie napisy na lodziarni), a ja mostem żelaznym na drugą stronę Narwi, gdzie znajduje się tykociński zamek. Szybkie foto i wracam nim dziewczyny dojedzą loda. Jedziemy dalej, w kierunku Białegostoku z którego jutro będziemy wracać do domów. Ewa pociągiem na który dwa dni temu udało jej się kupić bilet, my samochodem, który specjalnie po nas przyjedzie (dzięki Rafał). Dzisiejszy etap kończymy przy jazie Złotoria na Narwi i jest to najgorszy biwak na całej trasie. Krzywo bo na polnej drodze, biało bo na szutrówce zaczynają się wieczorne rajdy traktorów. Jak na złość przestaje wiać wiatr, więc kurz dość długo unosi się w powietrzu. Musimy przetrwać tą ostatnią nockę 😞. Za nami około 79 km.

                                                                                                Choć samo miejsce nad Narwią ładne

Dzień 12. Ostatni. Po ciężkiej z powodu niewygody nocy, ruszamy na ostatni etap wycieczki. Kierunek Białystok. Na początku jeszcze drogą szutrową, przez las w którym szalony traktorzysta na pełnym gazie wyprzedza drugiego traktorzystę pokazując mi środkowy palec. Kurz, który temu towarzyszy nie pozwala nam oddychać, a i odczytać rejestracji tego wariata. Szkoda.

                                                                                                                   Wariat traktorzysta

Za lasem zaczyna się asfalt który po dwudziestu kilometrach doprowadza nas do dworca kolejowego w Białymstoku.

Wiemy gdzie jesteśmy, wiemy ile mamy czasu, możemy odwiedzić centrum a naprawdę warto. Ładne uliczki, dalej deptaki z wyłączonym ruchem samochodowym, doprowadzają nas do Pałacu Branickich z pięknym ogrodem.

Spędzamy tam chwilę i wracamy szukając odpowiedniego lokalu na ostatni na tej wycieczce obiad. W jego trakcie dowiadujemy się że czeka już na nas pod dworcem nasz transportowiec. Ruszamy tam inną, niby krótszą drogą, która tuż przy dworcu jest remontowana co zmusza nas do obniesienia rowerów kładką nad torami. Ciężka sprawa, ale dajemy radę. Na peronie na który schodzimy z kładki stoi pociąg. Jak się okazuje, to ten którym ma jechać Ewa. Wprawdzie odjazd dopiero za godzinę, ale pakujemy ją w pociąg, a sami idziemy do transportowca. Pakowanie rowerów i bagaży i mniej więcej o tej samej porze co pociąg, my ruszamy do domu. Dzisiejszy etap wyniósł prawie trzydzieści kilometrów a cała wycieczka około 850.Fajnie.

Dużo więcej zdjęć z tej wycieczki zobaczyć można tutaj.