2026-09-19 Warta (922)

Gdy od dawno zapowiadano ostatnią sobotę lata że będzie jak na nią przystało naprawdę letnia postanowiłem że przepłynę się tego dnia.Szlak też obrany – Wielki łuk Warty – z Zalesiaków do Krzeczowa i tylko żeby mi zdążyli oddać transportowca który od poniedziałku stoi w warsztacie samochodowym. O siedemnastej jest info, że auto gotowe, czyli jadę. W sobotni poranek. Najpierw do Zalesiak, do Klubu Kajakowego Żubr gdzie dzięki gościnności Jana L, mogę pozostawić kajak na starcie. Jadę na metę, do Krzeczowa gdzie  zostawiam auto, a rowerem jadę na start. Tuż przed jedenastą schodzę na wodę, na zatrważająco niską wodę 🙁 W Działoszynie który osiągam niespełna dwadzieścia minut od startu, wodowskaz wskazuje 392 cm. Niby dużo , ale stan tu mocno niski. Niższy o 24 cm. niż rok temu. Widzę to najbardziej na progu, który obnoszę a przez który ledwo sączy się woda a z którego kiedyś skoczyłem. Widziałem to też na samym starcie. Tam gdzie w ubiegłym roku wypływałem dziś stały na trawce fotele i grill. Za przenoską w Działoszynie spokojnie i pusto, aczkolwiek trochę powiewa i to tradycyjnie w twarz, no ale myślę sobie że skoro teraz w twarz, to po pokonaniu łuku po mniej więcej  połowie trasy, powinno wiać w plecy :-). Mijam bystrze po starym młynie w Tasarzach a za nim mijam gościa w kasku na kajaku górskim płynącego pod prąd. Mówi że płynie pobawić się na bystrzu. Dalej nikogo, białe czaple i słonko operujące z góry. Za mostem w Bobrownikach w miejscu biwakowym, kilka osób odpoczywających przy grillu , ale nie kajakarze. Tych doganiam po godzinie. Tratwa złożona z pięciu dwójek. Po prawej na brzegu spore obozowisko, tak jakby jeszcze wakacyjne a nie tylko weekendowe. Kilka przyczep i stanowisk wędkarskich. Stamtąd już widać kryty basen resortu Stara Wieś. Tam kilka osób wypoczywa na krytym basenie, na plaży nikogo. Wcale mi to nie przeszkadza, powoli wchodzę w łuk, za którym wiatr ma mi już bardziej pomagać, niż przeszkadzać i rzeczywiście odczuwam coś takiego. Gorzej z tym że coraz częściej przycieram dnem kajaka o piaszczyste dno rzeki. Muszę się przepychać, odpychać i męczyć. Udaje się bez wysiadania. Ostatnie kajaki spotkane na trasie to dwie pojedyncze dwójki. W jednej z przodu siedzi pani z pieskiem delikatne wiosłując od czasu do czasu, pytam nawet czy nie zgubiła pasażera z tyłu, ale powiedziała że nie, a w następnym kajaku parka z podobnym pieskiem i jednym wiosłem. Tych już o nic nie pytałem, bo za chwilę największe bystrze dzisiejszego etapu. To obok Nadwarciańskiego Grodu- ośrodka szkoleniowo wypoczynkowego ZHP. Po raz pierwszy dostrzegam tu na brzegu jakby pomnik z głazów z lilijką, nie wiem co ma upamiętniać bo nie wysiadam, ale kiedyś może wyjdę zobaczyć co to. Płynę dalej coraz bardziej znużony coraz częściejszą koniecznością odpychania się od mielizn, aż wreszcie kwadrans po szesnastej dopływam do przenoski w Kamionie. Najwyższa pora bo przesiedziałem już pięć godzin i tyłek coraz bardziej dawał mi odczuć jak długo nie dałem mu odpocząć. Przenoszę nie spiesznie właśnie dlatego by dać mu kilka minut wytchnienia. Sam próg widziany z brzegu nie pozwala mi zrozumieć jak ja tu kiedyś spłynąłem, a raczej ześlizgnąłem się w pewną mroźną zimę… Fantazja była :-). Teraz już wiem że do mety nieco ponad trzy kilometry, kilka spokojnych kamiennych bystrzy, mniej płycizn i w końcu wysepka będąca ostatnią na mojej dzisiejszej trasie, za którą mój długo oczekiwany końcowy brzeg. Akurat objeżdżany przez pana w traktorku – kosiarce. Ładnie. Dzisiejszy prawie czterdziestokilometrowy etap pokonałem w sześć godzin, a to dwadzieścia pięć minut dłużej niż przed rokiem. Nie wiem czy to ja coraz wolniejszy, czy te 24 cm. różnicy poziomów zrobiło taki wynik? :-(.

Poniżej kilka zdjęć