
Po piętnastu latach wróciłem wraz z żoną i wnukiem, jako osobami towarzyszącymi na Ogólnopolski spływ Rudą. Z ciekawości 😉
Był jeszcze Krystian z małżonką, więc piątkowy wieczór zleciał nam jako tako na wspominkach i lekkiej degustacji mojej premierowej nalewki cytrynowej. Degustacja musiała być lekka , bo w naszym wieku, chcąc się sprawdzić w wyścigu następnego dnia, nie powinna być inną niż lekką. Przed północą udaliśmy się na spoczynek, ale otoczenie odpocząć nie pozwoliła. Pod oddaloną o kilkadziesiąt metrów od naszych namiotów wiatą, zaczęły się tańce. Tych akurat słychać nie było, ale nagłośnienie imprezy pozwalało się bawić chyba wszystkim chętnym w okolicznych zabudowaniach, ale zasnąć nam nie pozwalało. I trwało to do godziny 2,30 po czym o dach naszego namiotu zaczynają odbijać się krople deszczu. Te nie były usypiające a raczej dość ciężkie, męczące, nie kojąco usypiające. Ehhhh. Do rana kapie, wstajemy nie wyspani widząc jedyny plus sytuacji – pojawiający się na niebie coraz bardziej widoczny błękit. Będzie pogodnie :-). Na otwarcie spływu idziemy już w pełnym słońcu, a na wodę po godzinie jedenastej również w upale. Dużo ludzi na spływie więc wodowanie trochę trwa. Nam udaje się jednak zejść na wodę tuż za pilotem początkowym którego trzymamy się przez pierwsze 1,5 kilometra, do mostu za którym dla chętnych rozpocznie się odcinek szybkościowy. No my (z Krystianem) oczywiście jesteśmy chętni, ale tu dopiero odpływają sędziowie mający łapać szybkościowców na mecie. Czekamy zatem kilka minut, aż sędzina startowa pozwala nam ruszyć. Ruszamy z Krystianem w tej samej minucie, wiedząc że Krystian ma szybszy kajak a i siły więcej , puszczam go przed siebie i gonię widząc jego ogon na każdym zakręcie. Trwa to jakieś dwadzieścia minut, podczas których przepływamy około dwa kilometry wyścigu i doganiamy sędziów, którzy są jeszcze na wodzie i zmuszeni przez nasze dopłynięcie, pozostają w mało komfortowym miejscu by łapać czas kolejnych wyścigowców. Nasz wynik różni jakieś piętnaście sekund. Jak okaże się na zakończeniu znalazł się jeszcze jeden ścigacz, który podzielił te nasze piętnaście sekund. Młody wilk ;-). Dalej już na lajciku płyniemy sobie do mety usytuowanej obecnie w tym samym miejscu co w poprzednich latach, ale mocniej rozbudowanego dla rowerzystów. Po moście pod którym kończymy prowadzi szlak rowerowy po okolicznych lasach, dlatego przybudowano wiaty, miejsce grillowe i generalnie miejsce dla odpoczynku dla rowerzystów. Czekamy na zapełnienie busa i po pół godzinie wracamy na biwak. Tu spokojne popołudnie w oczekiwaniu na zakończenie, które ma odbyć się dzisiaj. Dotrwaliśmy delektując się nie oczywistym trunkiem, a na zakończeniu oprócz podsumowania spływu i nagród dla najlepszych drużyn i zawodników impreza z okazji 35 lecia klubu Neptun. Wesoło i hucznie. Fajnie no ale nocka przez to znowu krótka ;-). Słonko i wnuk budzą mnie bym zdążył na dzisiejszy spływ. Trzeba zdążyć na busa, bo dzisiaj meta tu gdzie biwakujemy. Zdążyłem, a do płynięcia dziś niewielu chętnych. Wielu jednak płynie weekendowców, ale na spokojnie wyprzedzam ich po kolei, nie zauważając nawet, że przez dwie i pół godziny pokonuję nieco ponad jedenaście kilometrów. w tym przenoskę kajaka na obowiązkowej przenosce przy elektrowni Brantołka. Na biwaku już chyba ledwo 1/4 wczorajszej populacji. Idę posilić się pysznym żurkiem, potem szybkie zwijanko maneli i wracamy do domu. Chyba zmęczył mnie ten weekend, bo zaraz po wejściu do domu padam na łóżko i nie wstają aż do poniedziałkowego poranka. Wstaję tylko dlatego że muszę iść do pracy 🙁 . Odwykłem od takich weekendów :-(. Dla statystyki poziom wody w Rudzie Kozielskiej 152 cm.
Poniżej kilka fotek z opisanego wyjazdu


































