2026-08-15-23 Rowerem z Białegostoku do Przemyśla wzdłuż wschodniej granicy (813 km.)

      Po pracy i objedzie jadę na rowerze na dworzec w Katowicach. Jest upalnie. po 17:00 podjeżdża pociąg do Białegostoku i już pierwszy zgrzyt. Mam bilet z rowerem do wagonu nr 6 a pani z „drużyny konduktorskiej” wraz z rowerem każe mi iść do wagonu nr 4. Oczywiście nie ma tam miejsca na które mam bilet, ale póki co jest kilka wolnych miejsc, siadam zatem za rowerem i mam to szczęście że udaje mi się na tym miejscu bez przeszkód dojechać do końca trasy, aczkolwiek wielu ludzi wsiadających nie wie gdzie siadać ponieważ zmienił się skład pociągu. W Częstochowie dosiada się spora grupa pielgrzymów, wszak jutro 15 sierpnia i kulminacja pielgrzymek na Jasnej Górze, ale niektórzy pielgrzymi już dzisiaj wracają do domu po odbyciu pieszych pielgrzymek na przykłąd z Warszawy. Do mnie przysiada się miła i rozmowna pani z którą na opowieściach pielgrzymkowo-kajakowo-rowerowych schodzi nam prawie cała podróż. Ona wysiada dwie stacje przed Białymstokiem, a mnie pozostaje szykować już rower by odjechać nim od dworca gdzieś zanocować. Pociąg opóźniony dobre pół godziny, jest już północ. Odjeżdżam 8 km. W kierunku stawów Dojlidy i rozbijam się pomiędzy ogólnodostępnym jeziorkiem a groblami stawów rybnych skąd w nocnej ciszy dochodzą do mnie głosy nocnych wędkarzy. Dlatego moje rozbijanie odbywało się w całkowitej ciszy i ciemności, gdyż wjazd nad stawy nie był ogólnodostępny. Może jedynie dla lisów z których jeden przebiegł mi przed prowadzonym rowerem.

                                                                                                      W Pociągu do Białegostoku

Dzień 1

Słonko budzi mnie o 8:00. Pogoda piękna głosy wędkarzy i ich postury dostrzegam za groblą nad jeziorkiem. Mnie udało się przetrwać przez nikogo nie niepokojonym. Pakuję się szybko i odjeżdżam obierając na pierwszy przystanek Supraśl. Na trzecim kilometrze drogi nawigacja każe mi wjechać w drogę, która okazuje się nie przejezdną, jest brama do zamkniętego osiedla a w domu doczytuję że właśnie tam mieszka Zenek Martyniuk :-). Ciekawe czy był akurat w domu;-). W dalszej drodze natrafiam na znaki szlaku Green Velo który doprowadza mnie do Supraśla . Chwilkę kręcę się po miejscowości oglądając z zewnątrz Prawosławny Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy, bo do środka o tej porze wejść się nie da, jest też Pałac Archimandrytów z muzeami – Ikon i Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. Tuż obok bulwarów ciągnących się nad rzeką Supraśl z kajakami nad wodą i na wodzie. Sam też daaaawno temu stąd płynąłem do Narwii. Na koniec odwiedzam rynek fotografując ciekawe obiekty i jadę na niezbyt odległy Królowy Most, licząc że spotkam tam jakiekolwiek ślady nagrywanych filmów ” U Pana Boga w ogródku” czy „U Pana Boga za piecem”, a akurat w minionym tygodniu zmarł pan Andrzej Zaborski – odtwórca roli komendanta policji w tych filmach :-(. Do znanej z filmu miejscowości dojeżdżam pół godziny przed południem i co mnie zaskakuje to nie spotykam tu żadnych śladów mówiących o nagrywanych filmach, oprócz drogi na której stali policjanci i łapali szybko jadącego swym autem Bociana. Ciekawostką jest to, że i dzisiaj stoją policjanci i łapią przekraczających szybkość jadących z górki od strony Sofipolu. Zawracam i wspinam się pchając rower pod miejscową górę Świętej Anny na której znajduje się wieża widokowa do której nie docieram, bo z rowerem nie dojdę, a na drodze nie całkiem pusto. Jest sporo turystów. Siadam na pieńku by się posilić a przed oczami maślak. Nie zrywam, nie mam co z nim zrobić. Pojedzony ruszam dalej. Teraz już z górki, więc ok., pedałuję w stronę Zalewu Siemianówka, mijając po drodze różne cerkwie w różnych miejscowościach i mosty nad Supraślą i Narwią. Przed dobiciem do siedemdziesiątego kilometra dopada mnie straszny kryzys. Ból w nogach zaczyna się tuż nad kostkami a kończy aż na tyłku. Jest bardzo gorąco. Piję już chyba czwarty litr wody. Uzupełniam elektrolity i po kwadransie przeleżanym w lesie na trawce jadę dalej. Wyprzedzają mnie dwaj goście z sakwami, ale suną tak, że nie ma szans dowiedzieć się dokąd mkną. Green Velo prowadzi mnie okrężną dróżką, której ponad pięć kilometrów to świeżo położony asfalt tak na jezdni , jak i na ścieżce przeznaczonej dla rowerzystów. Fajnie się jedzie tak więc po przebyciu dzisiaj 85 kilometrów jestem wreszcie nad zalewem Siemianówka. To już nie ten zalew który pamiętam sprzed 32 lat, bez ludzi z wieloma darmowymi miejscami do zanocowania. Dziś to zagospodarowane przez operatywnych miejsce z plażą, miejscami biwakowymi i wypożyczalniami sprzętów wodnych. Można też zjeść i wypić co czynię by złapać chwilę oddechu i odjeżdżam do pobliskiego lasu by zanocować. Za mną dziś przekroczone 88 km a ja jestem tak wymęczony że idę spać już o dziewiętnastej i śpię do siódmej rano co pomaga mi w uśmierzeniu wszelkich mięśniowych boleści 🙂                                                                                                                     W Supraślu

Dzień 2

                Nocka w lesie minęła spokojnie, czasem dobiegały mnie tylko z oddali jakieś głosy nadjeziornych imprezowiczów. Ąż cieszę się że nie pozostałem nad jeziorkiem. Wyruszam o 8,30 praktycznie już bez pitnej wody. Wczoraj święto, dziś niedziela, trzeba szukać sklepu. Na otwarty trafiam po przejechaniu ponad piętnastu kilometrów. W Narewce. Popiłem, obkupiłem się płynami i ruszyłem dalej. Szlak prowadził przez Białowieżę, ale ja z żoną już po Puszczy Białowieskiej kiedyś jeździliśmy rowerkami, spotykając nawet oko w oko żubra :-), omijam zatem szlak Białowieski kierując się na Hajnówkę i to lekko okrężną drogą, bo krótsza jest nieprzejezdna – remontowana. Po drodze Narewka – miejscowość i rzeka nad którą sporo kajaków i ludzi chcących sobie popływać. Żar z nieba leje się coraz bardziej, aż żal tyłek ściska gdy widzę ludzików buszujących w basenie na wjeździe do Hajnówki którą mam na czterdziestym kilometrze dzisiejszej jazdy. Wyjeżdżając z miasteczka, zauważam kran obok szkoły i to tu będzie mój basen, a raczej prysznic ;-). Idę się schłodzić. Ulga. Od teraz ścieżka rowerowa wiedzie w pełnym słońcu przez blisko trzydzieści kilometrów wzdłuż i tuż obok drogi wojewódzkiej nr 685. Słabo komfortowo. Wszelkie drogowskazy kierujące do ciekawych miejsc mijam bez większego żalu, bo po pierwsze większość tych miejsc widziałem przy okazji wycieczki rowerowej z żoną, a po drugie marzę by wjechać w końcu w jakiś cień. Za mną blisko siedemdziesiąt kilometrów i miejscowość Kleszczele. Tam Cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy, a przy niej sporo pielgrzymów posila się w cieniu kilkunastu drzew. Kilkadziesiąt metrów dalej jest karczma z regionalnymi daniami. Postanawiam się tu posilić i podładować akumulatory. W środku cudowny chłodek z klimatyzacji i sporo ludzi w kolejce do zamówienia czegokolwiek. Jestem chyba ósmy w kolejce, a zaraz za mną staje grupa motocyklistów, którzy właśnie tu dojechali. Czekamy z kwadrans, aż do momentu kiedy pani stojąca przede mną próbuje coś zamówić. W odpowiedzi słyszy że na cokolwiek do jedzenia trzeba będzie zaczekać blisko godzinę, tyle mają zamówień. Nie ma nic, nawet żadnej zupy z czterech widniejących w karcie dań. Kolejka znika, nikt nie ma ochoty czekać godzinę. Zamawiam zimny napój i tym się muszę zadowolić. Po wyjściu widzę uformowany szyk pielgrzymów ruszających spod Cerkwi, najpewniej w stronę ich Świętej Góry Grabarki. Nieco ponad trzydzieści kilometrów. Ja mijam most na Nurcu i pedałuję dalej prawie wzdłuż Nurczyka aż do miejscowości Nurzec Stacja. Wszystkie sklepy pozamykane, proszę gościa z jednego domu o nalanie kranówki w moją butelkę, a on daje mi pełną, oryginalną wodę mineralną. Dziękuję, przeżyję do jutra :-). Jeszcze tylko kilka zdjęć ciekawych obiektów w miejscowości i odjeżdżam na nocleg, bo za mną już 95 km. Zostaję dwa kilometry dalej pomiędzy lasem a pobliskimi zabudowaniami, ale raczej schowany. Wcześniej przez pół dnia próbowałem dodzwonić się do operatorów promu na Bugu w Mielniku by upewnić się, czy rzeczywiście w poniedziałki nie kursuje. Chciałem to wiedzieć bo musiałbym nadrobić sporo kilometrów w przypadku nie działania. Brak kontaktu mobilizuje mnie do wykonania telefonu do pobliskiej wypożyczalni kajaków. Pan z Mielnika nie wie czy faktycznie prom nie będzie jutro czynny, ale obiecuje pomoc w przerzucie przez rzekę, na jednej z posiadanych kanadyjek. Super. Poprawia mi tym humor i dobranoc 😉 Dziś prawie 98 km.                                                                                                                 W Kleszczelach

Dzień 3

Startuję dziś kwadrans po ósmej, a niespełna pół godziny później jestem obok MOR – Rezerwat Przyrody Sokóle, gdzie na skrzyżowaniu dróg, pod wiatą stoi rozbity namiot jakichś rowerzystów. Nieźle. Tutaj Green Velo prowadzi do Grabarki, ale mając w pamięci wczorajszą pielgrzymkę, domniemam że może być tam wielu pątników, a ja już tam kiedyś byłem, więc jadę prosto na Mielnik, pamiętając że pan od kanadyjki mówił że będę miał tylko z górki. Rzeczywistość jednak jest nieco inna, bo żeby wjechać z górki do Mielnika, trzeba się najpierw na sporą, z siedmiopromilowym pochyleniem górkę wspiąć. Daję radę i po szybkim objechaniu i obfotografowaniu miejscowości , kwadrans przed dziesiątą jestem przy faktycznie dzisiaj nie działającym promie. Szybko pojawia się syn i córka pana od kajaków i pakujemy się na kanadyjkę. Nie bardzo widzę możliwość ułożenia roweru, dlatego siedzę trzymając go na stojąco, a młody kanadyjkarz wiosłuje na drugi brzeg. Przyznać muszę, że mam trochę pietra, bo nieco się bujamy, ale szczęśliwie dopływamy na drugi brzeg. Tu kilka kamieni nie pozwala dobić do samego, suchego brzegu dlatego ja, znany z ulubienia suchej stopy w kajaku ;-), wyskakuję jedną nogą w obuwiu i skarpetce do rzeki, by uratować i nie zmoczyć reszty sprzętu. Udało się. Kwadrans po dziesiątej ruszam w dalszą drogę, korzystając ze słońca jadę w samej skarpecie z butem powieszonym na kierownicy, by szybko się wysuszył :-). Mam wrażenie, że do tej pory moja trasa prowadziła biedniejszą Polską, tą „zza Buga”. Bug w tym miejscu tworzy granicę województw Podlaskiego i Mazowieckiego i po tej mazowieckiej stronie, od razu piękne przybytki dla turystów, a wzdłuż drogi prowadzącej wzdłuż Bugu mnóstwo ośrodków wypoczynkowych, choć przyznać trzeba, że niektóre mają już swoje lata i może dlatego na co drugim, trzecim zawieszka ;”obiekt do sprzedania”. Trasa wzdłuż obustronnie polskiego Bugu ciągnie się przez piętnaście kilometrów, trafiam na wieżę widokową i zaczyna się jazda wzdłuż Bugu granicznego, który doprowadza mnie po blisko pięćdziesięciu kilometrach do słynnego Janowa Podlaskiego. Chwilę zwiedzam rozkopane miasteczko z hotelem goszczącym tydzień temu bogatych gości chętnych do zakupu pięknych koni arabskich, na aukcji Pride of Poland. Do stadniny już nie jadę, jest mi zbyt gorąco. Szybki kebab i odjazd do pobliskiej Biedronki na obkupienie się głównie płynami. Następny przystanek po blisko piętnastu kilometrach to Pratulin. Wioska w której działa parafia św. Apostołów Piotra i Pawła w której kościół parafialny jest jednocześnie sanktuarium poświęconym zamordowanym w 1874 roku Unitom. Unici to całkiem inna i niewesoła historia. Po objeździe miejscowej drogi krzyżowej, ruszam dalej mijając czołg na granicy Rezerwatu Przyrody Szwajcaria Podlaska a dalej most na Krznie w Neplach gdzie dawno temu przepłynęliśmy się z córką kajakami, no i pustą drogę prowadzącą do słynnego przejścia granicznego w Kukurykach. Dalej nie mniej słynny Terespol. Nie zwiedzam go, bo już po siedemnastej a ja nie chciałbym tu nocować. Oddalam się nieco od granicy, by po przejechaniu blisko stu kilometrów zbliżyć się do niej na tyle, że Bug płynie trzydzieści metrów od drogi którą jadę, a co kilkadziesiąt metrów na brzegu wkopane są wysokie słupy na których zamontowanych jest po kilka kamer widzących wszystko naokoło. To miejscowość Żuki w której myślę zanocować gdzieś przy ludziach, by nie mieć problemów z pogranicznikami i przede wszystkim podładować akumulatory i powerbanki. Z czterech chałup w wiosce, trzy pozamykane łańcuchami a z czwartej z otwartą bramą wyskakuje na mnie psiur ujadający niemiłosiernie. Ledwo udaje mi się oddalić nie pokąsanym. Znowu przypominam sobie o zakupie gazu pieprzowego na podobną wyprawę. Uciekam przed psem blisko pięć kilometrów mijając obwałowania Fortu „N” Twierdzy Brzeskiej i trafiając w końcu na Agroturystykę Kostomłoty nad Bugiem. Mam nadzieję na pozostanie tutaj, ale smsowy kontakt z właścicielką zbyt słono liczącą sobie za dwa metry kwadratowe trawy i gniazdko do podładowania elektryki nie pozwala mi tu zostać. Pedałuję jeszcze dwa kilometry i po przejechaniu 104 km. docieram do Cerkwi św. Nikity Męczennika – Sanktuarium Unitów Podlaskich. Jest to jedyna w Polsce czynna parafia Neounicka (obrządku bizantyjsko-słowiańskiego) z pochodzącą z pierwszej połowy XVII wieku drewnianą Cerkwią położona na sporym terenie z dużą wiatą imprezową 😉 i muszlą koncertową na której akurat odbywa się próba śpiewu miejscowego zespołu, może chóru. Starsi panowie zainteresowani moim przybyciem, mówią że dobry tu proboszcz i na pewno pozwoli mi przenocować. Nim do niego dotrę, pod wiatą już ładuję wszystkie baterie. W międzyczasie dzwoni do mnie Piotrek z informacją że po północy czeka mnie załamanie pogody, więc dobrze byłoby zanocować pod tą wiatą. Z daleka dostrzegam jakiś ruch przy Plebani. Biegnę i otwiera mi proboszcz pozwalając bezwarunkowo na przenocowanie pod wiatą. Rozkładam tylko sypialnię namiotową, szykuję sobie bułeczki na kolejny dzień i idę spać bo już ciemno. Jest cichutko, ale faktycznie po północy zaczyna mocno wiać, troszkę padać i gdzieś w oddali grzmieć. Byle do rana, w tym miejscu nie zmoknę :-).Przejechałem 104 km.
                                                                                              W JanowiePodlaskim

Dzień 4

    Na szczęście burza nie dociera do mnie, ale silny wiatr i chłód z rana nie zachęcają mnie do startu. Prognozy pogody podesłane od żony (tu słaby zasięg) mówią że do południa powoli pogoda będzie się poprawiać. Szykuję się zatem do odjazdu z gościnnej parafii, spotykając jeszcze księdza który ciekaw mojej przygody, daje mi na drogę telefoniczną ładowarkę słysząc, że moja nie wyrabia z ładowaniem wszystkich sprzętów. Dziękuję. Dzisiejszy odcinek prawie cały czas prowadzi raz w bliższej, raz w dalszej odległości ale cały czas wzdłuż granicy i Bugu. Po pierwszych dziesięciu kilometrach odwiedzam Kalwarię Kodeńską z Kościołem Rzymskokatolickim Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej – Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Ładny tu drzewostan w Zielnym Ogrodzie Matki Bożej. Tak grubego pnia brzozy jak rosnącej tutaj, nie widziałem nigdzie indziej. Jadę jeszcze na rynek gdzie fotografuję kilka ciekawych obiektów w tym miejscowy Panteon Sapieżyński – jedenaście rzeźb, wykonanych przez sześciu artystów, które upamiętniają właścicieli miejscowości Kodeń z rodu Sapiehów. Rzeźby przedstawiają historyczne postacie, w tym Elżbietę Sapieżankę, jedyną kobietę w tej grupie. Panteon jest symbolem pamięci o zasługach Sapiehów dla lokalnej historii i społeczeństwa . Spotykam tutaj parę rowerzystów jadących Green Velo w przeciwnym do mojego kierunku czyli do Elbląga. W sumie nie wiem dokąd jechali, wiem że z Rzeszowa. W poprzednich dniach również mijałem kilku sakwiarzy, głównie pary z którymi jedynym kontaktem było machnięcie ręką na powitanie a i to nie ze wszystkimi. Tuż po południu, kiedy to na niebie pojawia się błękit (zgodnie z prognozą od żony 🙂 ) wjeżdżam do Sławatycz. Sesja zdjęciowa cerkwi i kościoła katolickiego stojących naprzeciw siebie po obu stronach drogi. Dalej figury postaci „Brodaczy” – to lokalna nazwa przebierańców, którzy w ostatnich 3 dniach grudnia w okresie kiedy żegna się stary rok, nakładają specjalne stroje i paradują w nich po ulicach Sławatycz , co często w tym okresie pokazywane jest w telewizyjnych wiadomościach :-). Kolejne blisko sześć kilometrów jadę wzdłuż pól z posadzonymi dyniami przypominającymi arbuzy obok wieżyczki widokowej na którą nie wchodzę aż pojawia się miejscowość Hanna. Dość urokliwa wioska z bardzo wieloma drewnianymi rzeźbami na miejscowym rynku. Najbardziej przypada mi do gustu sporych (oryginalnych) rozmiarów rzeźba postaci z wiersza Juliana Tuwima ” Rzepka” :-). Są też rzeźby historyczne z Anną Jagiellonką i bohaterami Powstania Styczniowego z lat 1963-1964, i sporo innych przedstawiających mieszkańców „starej nadbużańskiej wsi”. A wszystko to tuż obok drewnianego kościoła z XVII w. pod wezwaniem Św. Apostołów Piotra i Pawła i napisu miejscowości, oczywiście z drewna – Hanna. Jadę dalej, przez most na rzece Hanna, którą kiedyś chciałem przepłynąć, ale jak widzę raczej dobrze zrobiłem że odpuściłem bo na dwa kilometry przed ujściem z wodą słabiutko. Za to dosyć dobra ścieżka dla rowerów wzdłuż DW 816. Dwadzieścia kilometrów wśród dyniowych pól i dla odmiany wieży widokowej którą tym razem odwiedzam, a z której rozlega się dosyć szeroka panorama płaskiego nadbużańskiego krajobrazu i jest Włodawa. Nie umiem sobie odmówić wizyty przy słynnym miejscowym wodowskazie na Bugu. No i mimo że niebo zaciąga się szybko chmurami i zaczyna kropić odwiedzam to miejsce. Zdjęcia i odjazd do wypatrzonej w necie jadłodajni z dobrymi opiniami. No tak jak wczoraj z promem miałem pecha tak i tutaj wyjątkowo w tym miesiącu jadłodajnia czynna tylko od czwartku do niedzieli. Dziś wtorek :-(. Na szybko wyszukuję czegoś zastępczego i już w pełnym słońcu znajduję dość oblężony bar z dużym wyborem potraw w dobrej cenie. Najadam się dwudaniowym smacznym obiadkiem i ruszam do pobliskiej Biedronki uzupełnić zapasy żywnościowo – płynne. Zajmuje mi to kilka minut po których nadchodzi kolejna chmura z mocnym opadem, który zmuszony jestem przeczekać w wiacie z wózkami zakupowymi :-). Na szczęście to krótki deszcz i mogę na sucho ruszyć dalej. Na wylocie z miasteczka most z rzeką o tej samej nazwie, którą płynąłem kilka lat wcześniej (wtedy kiedy nie zdecydowałem się na Hannę 😉 ) a obok promenada nadbużańska z ładnie zagospodarowanym terenem spacerowym. Obecnie, tuż po deszczu pustym. Jadąc dalej, po pięciu kilometrach wjeżdżam w tereny mocno turystyczne, bo wzdłuż drogi płatne miejsca parkingowe, wiele ofert noclegowych i żywieniowych. Jak się okazało znalazłem się obok jezior – Glinki i Białego dosyć mocno oblężonego przez letników. Obok tego pierwszego elegancki nowiutki asfalcik przez las tuż obok polnej, nieco piaszczystej drogi dla samochodów dla których na co którymś drzewie wisi tabliczka z ostrzeżeniem o terenie monitorowanym i zakazie wjazdu na ścieżkę rowerową :-). Za mną siedemdziesiąt kilometrów, wjeżdżam w lasy Sobiborskie i po dziesięciu kilometrach jestem pod Muzeum i Miejscem Pamięci w Sobiborze. Niemiecki nazistowski obóz zagłady (1942–1943). Jest nieczynne bo już po osiemnastej, ale można zobaczyć tereny na zewnątrz. Jadąc aleją w stronę ogólnej mogiły słyszę z głośnika by zejść z roweru. Rozumiem gdzie jestem, schodzę, chciałem szybko bo zbiera się na kolejny deszcz. Obchodzę teren prowadząc rower no i podsumowując jestem w głębokim szoku z widoku kosztującej 15 milionów złotych i miliona euro od Niemców, przebudowy terenu który odwiedziłem już w 2007 roku. Obecnie betonoza, kamienioza i wycięty kawał lasu. Widok ten nie wprowadziły mnie w zadumę w jaką powinien i jakiej doznałem te dziewiętnaście lat temu :-(. Odjeżdżam a tu znowu zaczyna lać. Na szczęście jest się gdzie schronić a opad trwa kwadrans. Ruszam dalej jeszcze około trzech kilometrów i łapię odpowiadające mi miejsce pod namiot w środku lasu z kolejną nadzieją że nikt mi nie zakłóci nocy. A oprócz delikatnego deszczyku i odgłosów bardzo dalekiej burzy ta mija mi spokojnie. Za mną 82,5 km.                                                                                                        Panteon Sapieżyński

Dzień 5

      Nie chce mi się wstawać bo ciągle kropi, no ale pęcherz zmusza do wyjścia. Okazuje się że słonko już operuje, tylko ja w cieniu, a słyszane krople obijające się o tropik. kapią z dębu pod którym się rozbiłem, gdy zawiewa wiatr. Szybkie zwijanko i dalej w drogę. Przez Zbereże i Wolę Uhruską tym razem nie obok pól dyniowych, a tytoniowych gdzie akurat trwa zbiór tytoniowych plonów, są też barany biegające mi przed kołami. Mijam Uhrusk a w Siedliszczach na dłużej odjeżdżam od Green Velo, który odbija od granicy w stronę Chełma. Na zwiedzanie Chełma przeznaczyliśmy kiedyś specjalnie dwa dni, dlatego ja dalej trzymam się dróżek wzdłuż granicy i Bugu. Mijam kolejny most pod którym płynąłem kilka lat temu, tym razem nad Uherką i za Marysinem odbijam do Hniszowa. Wioski w której rośnie Dąb Bolko który zawdzięcza swą nazwę legendzie która głosi, iż pod tym drzewem odpoczywał Bolesław Chrobry podczas wyprawy na Kijów w 1018 roku. Potężne drzewo, w dużo lepszym stanie niż słynny Bartek ze Świętokrzyskiego. Sesja wielozdjęciowa, posiłek pod wiatą turystyczną i dalej w drogę. Po drodze Świerże przed którymi tablica o zabytku którym jest Zespół Dworsko Parkowy. Wjeżdżam słabo wydeptaną ścieżką i nie znajduję niczego ciekawego a nawet gubię drogę zmuszony do wypychania roweru przez jakieś chaszcze i cudzą łąkę ponownie na główną drogę. Podjeżdżam jeszcze pod miejscowy kościół obok którego tablica z planem parku i lepszym wjazdem. Wjeżdżam jeszcze raz, tym razem aleją grabową, która doprowadza mnie do alei kasztanowej która to jakimś cudem doprowadza mnie do miejsca w którym wjechałem tu za pierwszym razem :-). No to dalej, do punktu widokowego przy Granicy Państwa na Bugu, kilka zdjęć miejscowości i znajduję się w Chełmskim Obszarze Chronionego Krajobrazu. Jadąc dalej mijam drogę prowadzącą do przejścia granicznego Dorohusk-Jagodzin. To pierwsze przejście po drodze z kolejką tirów, pewnie dlatego że to również pierwsze które mijam graniczące z Ukrainą. Do Białorusi kolejek, ani nawet ruchu zbyt dużego nie widziałem. Kawałeczek dalej w Dorohusku-Osadzie oglądam zewnątrz Pałac Suchodolskich i pedałuję dalej. Pojawia się przede mną tablica Bitwy pod Dubienką z 1792 roku. Odbijam w stronę Uchańki gdzie znajduje się kopiec usypany w miejscu dowodzenia przez Tadeusza Kościuszkę bitwy pod Dubienką upamiętniający to wydarzenie i samego Kościuszkę. Tutaj sporo tablic informujących o historii tego miejsca. Na 65 kilometrze dzisiejszej trasy Dubienka, którą pamiętam z przewodnika z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia który mam gdzieś w domu, a w której mam nadzieję zobaczyć coś fajnego i może pożywić się czymś ciepłym. Niestety z ciepłego posiłku nici, nie ma gdzie, nie ma co. Jest tylko czołg i armata, dosyć zabytkowy aczkolwiek nadszarpnięty zębem czasu budynek Urzędu Gminy i to wszystko co mnie zainteresowało. Ruszam dalej by znaleźć fajne miejsce do zjedzenia czegoś nie na ciepło :-(. Na wylocie z miasteczka zalew z plażą, ławeczkami i kąpieliskiem. Dziś nie ma upału jaki towarzyszył mi w poprzednich dniach, dlatego tutaj pusto, choć nie do końca. Przy jednym stoliczku siedzi trójka ratowników, dziś bezrobotnych. Wygląda na to że musi tu bywać sporo kąpiących w upalne dni. Posilam się swoimi zapasami i ruszam dalej. W Bereżnicy punkt widokowy na Bug. Blisko więc podjeżdżam zobaczyć widok. Są nawet wędkarze czyli spoko tu. Dalej wjeżdżam w Strzelecki Park Krajobrazowy i pierwszy w nim punkt którym jest Kopiec Unii Horodelskiej tuż przed Horodłem. Fajne miejsce na biwaczek, no ale dopiero siedemnasta więc trzeba jeszcze nieco popedałować. Chwila w Horodle na zdjęcia ciekawych miejsc i słupem granicznym na wysokim nadburzańskim brzegu na miejscu starego grodziska z pilnującym go sympatycznym, łaszącym się do mnie kocurkiem :-). Odjeżdżam a pięć minut dalej znowu tablica z informacją o Pozostałości Zespołu Dworskiego „Wieniawka”, który okazuje się kolejnym na trasie zabytkiem – niewypałem. Resztki murowanego dworu i słabo wyjeżdżona aleja pomiędzy starymi drzewami prowadząca donikąd i tyle. Chyba nie będę już zwracał uwagi na specyficzne niebieskie tablice. Kręcę dalej podjeżdżając pod jeszcze jeden słup graniczny naprzeciw którego po raz pierwszy dostrzegam słup po drugiej stronie Bugu. Ukraiński. Szukam noclegu przy ludziach. Dla podładowania akumulatorów. Jest miejscowość Łuszków, trzy i pół kilometra przed najbardziej na wschód wysuniętym punktem Polski, jest chłopek przed domem, na oko z czterdzieści lat. Pytam czy nie miałby nic przeciwko bym zanocował obok jego obejścia. Gość mówi że musi zapytać mamy. No i mama się nie zgodziła. Jadę z trzysta metrów dalej. Ostatnie zabudowania. Pani karmiąca kurki i kaczuchy. To samo pytanie i jest zgoda bym został obok płotu na niczyjej łączce, w linii prostej niespełna trzysta metrów od Bugu i granicy. Znów się zastanawiam czy będą nocne odwiedziny pograniczników a pani zabiera moje powerbanki by doładowały się do rana. Super. Przejechane 95 km.                                                                                                                      Dąb Bolko

Dzień 6

    Nocka spokojna bez żadnych odwiedzin, poranek słoneczny tylko znowu wietrzny. Pakuję się i gdy jestem gotów do drogi pojawia się pani z powerbankami i propozycją porannej kawki lub herbatki. Jest też słodka bułeczka, a podczas jej konsumpcji kilku minutowy opad deszczu i ponownie pogodne niebo. Dziękuję zatem za gościnę i ruszam w dalszą drogę. Punkt pierwszy to oczywiście najbardziej na wschód wysunięty punkt Polski. Muszę wjechać w polną drogę zgodnie z tabliczką informującą o ważnym miejscu turystycznym. Szkoda że na tych tabliczkach mało gdzie podana jest odległość do polecanego miejsca. Gdyby było podane, pewnie niejednokrotnie zrezygnowałbym z dojazdu. Tu jednak chcę dojechać mimo że już w nim byłem prawie dwadzieścia lat temu – kajakiem. Mam nawet dyplom bytności w tym miejscu :-). Jadę około 1,5 km.i nim dojeżdżam do celu zostaję zatrzymany przez łączony męsko żeński patrol policyjno – pograniczny. Zostaję spisany i pouczony o konieczności zgłaszania swojej obecności w strefie przygranicznej. Uff, akurat dziś, kiedy to mam zamiar odbić od granicy i ruszyć na zachód w stronę Zamościa. Na ten sam zachód z którego wiało mi podczas podróży kajakiem, a na rowerze ten sam wiatr również nie pomaga. Eh. No cóż. Kilka zdjęć w turystycznym punkcie i odjazd. Obok przejścia granicznego w Zosinie. Tutaj znowu kolejka do wjazdu na Ukrainę, tym razem busów. Jadę przez pola z których wiatr chce mnie zdmuchnąć. Chcę ominąć główną drogę prowadzącą do granicy by po dziesięciu kilometrach dojechać do Strzyżowa z Pałacem Lubomirskich i stawem Morskie Oko. No niestety akurat wysuszony bo trwają prace budowlane w jego otoczeniu i dnie. Szkoda bo wygląda że tu ładnie może być. Jadę dalej główną drogą mijając Husynne, a gdy w bok odbija druga, równoległa droga po której nie jeżdżą auta jestem zadowolony i rozluźniony. To tylko do momentu gdy droga nagle kończy się przed normalnym polem. Najpierw jakaś łąka za nią pole, jakieś sto metrów do normalnej drogi. Muszę przepchać rowerek. Daję radę i wpadam w wydzieloną dla rowerów drogę, którą dojeżdżam do Hrubieszowa oddalając się powoli od granicy. Krótki objazd po miasteczku które odwiedzałem już kiedyś, obowiązkowa Biedronka i przerwa na loda, bo na obiad jest za wcześnie no i dalej na zachód. W sumie cztery razy przejeżdżam nad rzeczką Huczwa, którą kiedyś płynąłem co wydaje mi się raczej wyczynem oglądając jak obecnie rzeka wygląda pod mijanymi mostami. No ale to było dwie dekady temu. Po trzydziestu pięciu kilometrach przejechanych dzisiaj, miejscowość Podhorce z tablicą o cmentarzu z I wojny światowej. Tablica w eleganckim stanie a cmentarz to raczej obiekt za stan którego właściwe władze powinny się wstydzić. Kilkanaście pordzewiałych, nieczytelnych tabliczek ledwo widocznych w zaroślach i trawie po kolana. Chyba lepiej by było gdyby tablica informująca o takim miejscu zniknęła 🙁 Jadąc dalej po lewej w oddali widać zabudowania jakiegoś ogromnego kombinatu? Okazuje się że to ogromny Elewator zbożowy w Werbkowicach. Dalej w drodze spotykam cmentarz unicki w Peresołowicach – nekropolia utworzona na potrzeby miejscowej ludności Unickej na przełomie XVIII i XIX w., użytkowana do połowy XIX w. Do chwili obecnej zachowały się tylko 3 kamienne nagrobki z polskimi napisami sprzed dwustu lat, a ja jadę do miejscowości Zawałów by zaświecić świeczkę śp. Lesławowi Fladze – wieloletniemu komandorowi bardzo przyjemnych spływów po Bugu i jego dopływach po obu stronach granicy. Ja brałem w nich udział zapoznawczo w 2006 roku i w 2007 w którym po zakończeniu wspólnego spływu, popłynąłem dalej po przekątnej aż do Świnoujścia i pod Międzyzdroje. 1300 km. Droga prowadzi mnie znowu przez pola, różnymi ścieżkami w coraz większym upale i wietrze. Na niebie tworzą się burzowe chmury, nie wiem kiedy mnie dopadną. O 15,30 docieram na cmentarz, trochę trwa nim odnajduję rodzinny grobowiec rodziny Flaga. Mam wkład do znicza, ale nie mam czym odpalić, a ten wiatr i tak chyba nie pozwolił by mi zapalić znicza. W oddali widzę jedynych ludzi którzy akurat wychodzą z cmentarza. Gonię jakieś pięćdziesiąt metrów i pytam czy mocno się spieszą, czy może mogliby pożyczyć jakąś zapalarkę. Życzliwy pan udostępnia mi dość profesjonalną zapalarkę, którą udaje mi się odpalić wkład. Mam nadzieję że mimo wiatru dopali się do końca. Zwracam „narzędzie ogniotwórcze” rozmawiając z miłym Państwem co tu robię i skąd się wziąłem. Jest zaciekawienie z ich strony, ale każde z nas ma swoje plany na dalszy ciąg dnia, więc musimy się pożegnać. Na cmentarz już nie wchodzę, chwila odpoczynku obok, posilam się i dalej w drogę. Za mną sześćdziesiąt kilometrów. Muszę chwilę popedałować na Drodze Krajowej 74 i jak widzę wprost na deszczowe, ciężkie chmury. Jest tu dosyć płasko, więc widzę co dzieje się daleko. Wyraźne ślady, że nad Zamościem już leje. Odbijam w lewo, na Niewirków, a tutaj wiatr chce mnie zdmuchnąć z drogi. Ale chociaż przede mną czyste niebo, może uda się ominąć ten deszcz. Cisnę ostro ale łapie mnie kilka kropel, na szczęście tylko kilka i jestem już poza strefą deszczu. Super. W nagrodę odbijam z obranej trasy by po pokonaniu dwa i pół kilometrowego wzniesienia dotrzeć pod potężny – robiący spore wrażenie – Pomnik Chwały Kawalerii i Artylerii Konnej. Dosyć nowy to pomnik choć z długą historią powstania. Pomnik upamiętniający Bitwę pod Komarowem w 1920 roku w miejscowości Wolica Sniatycka. Rozległy widok się stąd rozlega, no ale nie bardzo jest się gdzie ukryć by przenocować. Już prawie osiemnasta. Zjeżdżam z górki i przez Boży Dar dojeżdżam do ostatniej miejscowości, będącej prawie przedmieściem Zamościa z wieloma nowo powstałymi domami – to Jarosławiec. Powinienem tutaj zanocować. Droga wzdłuż której stoją dom obok domu, ale za domami rozległe pola. Przy jednym z budynków stoi chłopek, pytam czy nie miałby nic przeciwko, bym zanocował za jego gospodarstwem? Odpowiada nie, więc się ucieszyłem, ale okazuje że jego nie, oznacza że nie mogę. No cóż, jadę dalej spotykając pana spacerującego z panią z pieskiem. Pytam czy nie wiedzą gdzie mógłbym tu rozbić namiot i nie być przez nikogo przegonionym. Pani szybko się zawija mówiąc, że nie wie o takim miejscu. Pan za to proponuje mi miejsce w swoim, nieco zaniedbanym sadzie z drzewkami owocowymi. Widzę tu miejsce pod swój namiot, zostaję. Pan zabiera do domu moje powery do podładowania, po czym wraca oferując mi ładniejsze miejsce obok domu. Jestem już rozpakowany, zostaję w sadzie i jest ok. I tak aż do rana :-). Za mną dzisiaj 85 km.

                                                                                                                                   🙂

Dzień 7

 Wstaję w cieniu jabłonek i zwijam się powoli. Słonko już działa. Odwiedza mnie gospodarz ze słowami że nie wyobraża sobie że odjadę bez śniadania. Nie mogę odmówić i tylko żal że chwilę wcześniej wrzuciłem już w siebie bułeczkę. Pan zaprasza do domu a tam żona krząta się przygotowując pyszne kanapki z wędliną, żółtym serkiem i swojskimi nie pryskanymi pomidorkami. Żałuję że jestem już po śniadaniu, ale z grzeczności zjadam jeszcze dwie kromeczki. Chwila rozmowy o życiu i ruszam, choć gospodarz nie ustaje w namawianiu mnie na kolejne kanapki. Gdy jestem już gotów do odjazdu, przypomina sobie że chce mi dać pomidorków na drogę. Z racji ograniczonej pojemności bagażowej, proszę o co najwyżej jednego, może dwa pomidorki, a gospodyni przynosi mi reklamówkę z dwoma kilogramami. Odmowa nie dopuszczalna ;-). Serdeczne dzięki, no to teraz będę jadł pomidorki do każdego posiłku a nie jednego na dzień jak do tej pory:-). Po ósmej ruszam do Zamościa i po przejechaniu dziesięciu kilometrów jestem już w centrum starego miasta. Pod Pałacem Zamoyskich sporo żołnierzy i wojskowych pojazdów. Dowiaduję się że szykuje się dzisiaj pokaz 18 Zamojskiego Pułku Przeciwlotniczego. Na rynku również sporo wojska i zagrodzone taśmami strefy ograniczonego ruchu. Robię kilka zdjęć, objeżdżam to stare miasto i jadę w stronę jednostki wojskowej w której rozpocząłem swoją służbę wojskową w styczniu 1989 roku. Wtedy to był TSWL (Techniczna Szkoła Wojsk Lotniczych). Dziś większość terenu który zajmowała moja jednostka jest przekształcony w osiedle mieszkaniowe i zamieszkany przez cywili, a tylko fragment jest jednostką wojskową i to chyba tą która dzisiaj świętuje na rynku. Robię sobie zdjęcie pod pomnikiem samolotu znajdującego się przed byłą bramą jednostki no i ruszam w stronę Szczebrzeszyna. Dosyć fajna droga która po kilkunastu kilometrach ponownie łączy się ze szlakiem Green Velo. Szczebrzeszyn osiągam na czterdziestym kilometrze. Ogarniam miejscową Biedronkę, a później jadę na rynek porobić sobie zdjęcia ze słynnym chrząszczem co to brzmi w szczebrzeszyńskiej trzcinie :-). Kolejka do zdjęć jest, ale udaje się. Są też budki z lodami i drewniane leżaki. Robię sobie przerwę na loda na leżaku podczas której podchodzi do mnie gość z zapytaniem jak długą trasę robię, bo on kilka lat temu w czasie 36 dni objechał całą Polskę rowerem. Nieźle. Gratuluję. Jadę jeszcze pod figurkę chrząszcza nad Wieprzem i dalej, do Roztoczańskiego Parku Narodowego. Na niebie trochę chmur z których delikatnie zaczyna kropić dlatego Szczebrzeszyn i zdjęcia w nim mam w pelerynce, ale już w drodze do Zwierzyńca jest sucho. Przed miejscowością miejsce w którym znajdował się niemiecki obóz przesiedleńczy dla mieszkańców Zamojszczyzny, po którym tuż po wojnie ślad nie został, obecnie stoi w tym miejscu kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Polski i odtworzony fragment ogrodzenia z drutu kolczastego z tablicą-mapą planu obozu. W Zwierzyńcu natrafiam najpierw, jak przystało na kajakarza ;-), nad zalew Rudka po którym pływa kilka kajaków, a nad którym stoi mnóstwo przyczep kajakowych i kilka budek należących do miejscowych wypożyczalni. Gdy ja tutaj ponad trzydzieści lat temu zaczynałem spływ Wieprzem, wypożyczalni jeszcze nie było. Jadę pod Budynek Główny Zarządu Ordynacji Zamojskiej, a dalej pod kościół na wyspie stojącym na stawie kościelnym, który objeżdżam naokoło by na końcu odwiedzić pijalnię piwa przy Zwierzynieckim browarze. Obchodzę się smakiem widząc ile ludzi sączy browara no ale kierowca to kierowca ;-). Ostatni widoczek to ujęcie wody dla browaru i odjazd w stronę Józefowa. Trasa prowadząca przez Park Narodowy na wjazd do którego muszę kupić bilet. Na szczęście przez internet. Moja bytność na płatnym terenie nie trwa nawet godzinę, a po kolejnej pół godzince jestem już nad zalewem w Józefowie i napotykam tutaj znak rozpoznawczy Green Velo z którego dowiedzieć się można że od początku szlaku w Elblągu przejechano już 1226 km., a do mety w Końskich pozostało 663. No ja tam nie jadę, póki co :-). Na rynku wielu rowerzystów, turyści czy kolarze? Nie wiem odpoczywają. Ja robię rundkę wokół miejscowej, ładnej fontanny i zatrzymuję się na coś ciepłego. Jest zupka i kartacze. Wprawdzie to już nie tereny by danie to nazwać regionalnym, ale w terenach w którym kartacze były daniem regionalnym to na nie nie trafiłem, albo było za późno i się skończyły. Tu były dobre, ale mało :-). Pora ruszyć w dalszą drogę. Trafia się tablica o kamieniołomie w Nowinach. Zaglądam tam, ale nie wchodzę na platformę widokową po drugiej stronie wykopaliska. Wracam na główną drogę i po kilkudziesięciu metrach odbicie w drugą stronę, tym razem pod pomnik i cmentarz wojenny Żołnierzy Armii Krajowej w Błudku. Ten bardziej zadbany niż ten sprzed kilku dni. No ale tu stoją tablice że było dofinansowanie w kwocie blisko pół miliona złotych. Jadę dalej wyprzedzany przez całe grupy szybkich rowerzystów i mijam przed osiemnastą muzeum pożarnictwa w miejscowości o fajnej nazwie – Oseredek. Dojeżdżam do Suśca, ale nie widzę tu niczego ciekawego, a za mną prawie 95 km., jadę zatem dalej powoli myśląc o biwaku. Green Velo prowadzi główną drogą, ja odbijam w alternatywny szlak przez las. Tutaj po przejechaniu może dwóch kilometrów, zostaję zaatakowany przez rój gzów. Nie jednokrotnie miałem takie przypadki czy to na kajaku, czy na rowerze, ale nigdy gzy nie atakowały w takiej ilości jak tutaj. Ja pedałowałem, a one nie odpuszczały. Chciały mnie zjeść żywcem. Na jednym z leśnych skrzyżowań postanowiłem w trybie ratowania życia ;-), szybko rozłożyć namiot. Robię to oganiając się przed atakującymi natrętami i chowam się czym prędzej. Jest gorąco, ale już bezpiecznie. Uff. I tak aż do rana. Przejechałem dziś 101 km.                                                                                                               Na rynku w Zamościu

Dzień 8

    Na niebie trochę chmur z których delikatnie zaczyna kropić dlatego Szczebrzeszyn i zdjęcia w nim mam w pelerynce, ale już w drodze do Zwierzyńca jest sucho. Przed miejscowością miejsce w którym znajdował się niemiecki obóz przesiedleńczy dla mieszkańców Zamojszczyzny, po którym tuż po wojnie ślad nie został, obecnie stoi w tym miejscu kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Polski i odtworzony fragment ogrodzenia z drutu kolczastego z tablicą-mapą planu obozu. W Zwierzyńcu natrafiam najpierw, jak przystało na kajakarza ;-), nad zalew Rudka po którym pływa kilka kajaków, a nad którym stoi mnóstwo przyczep kajakowych i kilka budek należących do miejscowych wypożyczalni. Gdy ja tutaj ponad trzydzieści lat temu zaczynałem spływ Wieprzem, wypożyczalni jeszcze nie było. Jadę pod Budynek Główny Zarządu Ordynacji Zamojskiej, a dalej pod kościół na wyspie stojącym na stawie kościelnym, który objeżdżam naokoło by na końcu odwiedzić pijalnię piwa przy Zwierzynieckim browarze. Obchodzę się smakiem widząc ile ludzi sączy browara no ale kierowca to kierowca ;-). Ostatni widoczek to ujęcie wody dla browaru i odjazd w stronę Józefowa. Trasa prowadząca przez Park Narodowy na wjazd do którego muszę kupić bilet. Na szczęście przez internet. Moja bytność na płatnym terenie nie trwa nawet godzinę, a po kolejnej pół godzince jestem już nad zalewem w Józefowie i napotykam tutaj znak rozpoznawczy Green Velo z którego dowiedzieć się można że od początku szlaku w Elblągu przejechano już 1226 km., a do mety w Końskich pozostało 663. No ja tam nie jadę, póki co :-). Na rynku wielu rowerzystów, turyści czy kolarze? Nie wiem odpoczywają. Ja robię rundkę wokół miejscowej, ładnej fontanny i zatrzymuję się na coś ciepłego. Jest zupka i kartacze. Wprawdzie to już nie tereny by danie to nazwać regionalnym, ale w terenach w którym kartacze były daniem regionalnym to na nie nie trafiłem, albo było za późno i się skończyły. Tu były dobre, ale mało :-). Pora ruszyć w dalszą drogę. Trafia się tablica o kamieniołomie w Nowinach. Zaglądam tam, ale nie wchodzę na platformę widokową po drugiej stronie wykopaliska. Wracam na główną drogę i po kilkudziesięciu metrach odbicie w drugą stronę, tym razem pod pomnik i cmentarz wojenny Żołnierzy Armii Krajowej w Błudku. Ten bardziej zadbany niż ten sprzed kilku dni. No ale tu stoją tablice że było dofinansowanie w kwocie blisko pół miliona złotych. Jadę dalej wyprzedzany przez całe grupy szybkich rowerzystów i mijam przed osiemnastą muzeum pożarnictwa w miejscowości o fajnej nazwie – Oseredek. Dojeżdżam do Suśca, ale nie widzę tu niczego ciekawego, a za mną prawie 95 km., jadę zatem dalej powoli myśląc o biwaku. Green Velo prowadzi główną drogą, ja odbijam w alternatywny szlak przez las. Tutaj po przejechaniu może dwóch kilometrów, zostaję zaatakowany przez rój gzów. Nie jednokrotnie miałem takie przypadki czy to na kajaku, czy na rowerze, ale nigdy gzy nie atakowały w takiej ilości jak tutaj. Ja pedałowałem, a one nie odpuszczały. Chciały mnie zjeść żywcem. Na jednym z leśnych skrzyżowań postanowiłem w trybie ratowania życia ;-), szybko rozłożyć namiot. Robię to oganiając się przed atakującymi natrętami i chowam się czym prędzej. Jest gorąco, ale już bezpiecznie. Uff. I tak aż do rana. Przejechałem dziś 101 km.                                                                    Zespół Cerkiewny pw. św. Paraskewy w Nowym Bruśnie

Dzień 9

    W ostatni, znowu ładny i słoneczny dzień ruszam tuż po ósmej i już na starcie nieco żałuję, że wybrałem tą skrótową drogę, bo dosyć ciężko się jedzie na polnej, słabo wyjeżdżonej dróżce biegnącej nieco pod górkę. Na szczęście to tylko kilometr w którym ostatnie kilkadziesiąt metrów to piach przez który muszę poprowadzić rower :-(. Pięć minut później most nad rzeką Szkło. Tutaj nie dałoby się popłynąć, więc dobrze że te kilka lat wcześniej przepłynąłem tylko ujściowy odcinek tej rzeki. Jadę dalej by pół godziny później zobaczyć hotel w Korczowej. Ten w którym chyba zamieszkał Wojtek :-). Podjechałem tam, bo był drogowskaz na cerkiew, której tam nie dojrzałem, wracam i jadę fajną dróżką po dwóch mostach nad pustą autostradą A4 dojeżdżając pod Cerkiew pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Chotyńcu. To absolutna perła, którą wybudowano w 1615 roku i jedna z najstarszych i najlepiej zachowanych drewnianych świątyń greckokatolickich w Polsce, co zaowocowało wpisaniem jej w 2013 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na bramie kłódka, objeżdżam ogrodzenie wkoło, by znaleźć jakieś miejsce w którym udałoby się zrobić jakieś fajne zdjęcie. Widzi to gość zbliżający się do cerkwi i pyta co ja tu kombinuję? Jakiś szpieg czy podpalacz? Wyjaśniam kim jestem i czego tu szukam, a on każe mi poczekać bo za kwadrans będzie otwarte i będą przygotowania do mszy. Kwadrans mija nam na rozmowie, między innymi o tym, że gość zna moje strony bo bywał w Mikołowie i okolicach. No i faktycznie pojawia się ktoś kto otwiera i bramę i cerkiew. Możemy wejść do środka i pooglądać. Mój nowy znajomy tłumaczy mi co tam widać na malunkach ściennych. Dziękuję i odjeżdżam bo za chwilę mają mszę, a jak mi opowiadał odwiedzają to miejsce i Japończycy, i Szwedzi i Australijczycy i wiele innych nacji. Unesco robi robotę :-). Muszę jeszcze raz przejechać nad autostradą A4, mijam dużo młodszą cerkiew w Gajach, następnie miejsce wykopalisk archeologicznych z punktem widokowym „Monastyr” i most nad rzeczką Wisznią. Dojeżdżam do Stubna a tu Dwór Myszkowskich który jeszcze niedawno był opuszczoną ruiną, a dziś zachwyca świeżością. Budynek neoklasycystycznego dworu przeszedł kompleksową renowację za blisko 5 milionów złotych. Obok ładny park z ławeczkami gdzie postanawiam zrobić sobie przerwę na popas. W końcu bułeczki mam od wczoraj przygotowane :-). Najedzony ruszam dalej by po godzinie dojechać do nowego mostu nad Sanem po którym szybko przekraczam rzekę. Trochę szkoda że jestem tu dopiero w tym roku, bo trzy lata wcześniej przez San można było przejść lub przejechać rowerem po wiszącej, liczącej prawie 177 metrów, trójprzęsłowej kładce. Szkoda, bo była ona jedną z najdłuższych budowli tego typu w Polsce i mogłoby być ciekawie na bujającej się kładce. Jadę dalej prawie nie uczęszczaną szosą przez Wyszatyce skąd kiedyś płynąłem maraton do Jarosławia. Za tą miejscowością natrafiam na ścieżkę militarną która doprowadza mnie pod budowlę będącą częścią Twierdzy Przemyśl – Fort XIII „San Rideau”. Potężna budowla. Wchodzę przez jedną dziurę, wychodzę inną, jak się okazuje całkiem z innej strony, na szczęście trafiam do rowerka pozostawionego bez łańcuszka i kłódki. Jadę do drugiego punktu i tu zonk. Drogowskazy zachęcające, a lekko pod górkę i na miejscu zamknięta brama i mało co widoczne przez szczeliny w ogrodzeniu .Zwiedzanie na telefon. To Fort XIIIB Bolestraszyce. Odjeżdżam obok miejscowego cmentarza znajdującego się nomen omen na ulicy Rowerowej 😉 i jadę na miejsce Baterii B12 Buszkowiczki. Tu znowu lekki niewypał, zarośnięte miejsce do tego stopnia, że nawet parking rowerowy jest ledwo zauważalny. Kończę zwiedzanie tych nie planowanych miejsc i jadę na Przemyśl. Po minięciu tablicy miejscowości zaczyna się ścieżka rowerowa prowadząca wzdłuż Sanu tuż nad jego brzegiem. Jadę aż naprzeciw pojawia się widok starego miasta. Robię przerwę posiłkową, bo minęła czternasta, a ja dopiero za trzy godziny mam pociąg powrotny na Śląsk. Po posiłku jadę dalej, do kładki pieszo rowerowej, tą na drugą stronę. Akurat jest tam MOR Przemyśl. Oblężony przez ludzi bez rowerków. Nad rzeką przy kładce impreza sportowa. Mistrzostwa Polski Służb Mundurowych w Siatkówce Plażowej. Są dwa boiska i trwają mecze. Nie kibicuję zbyt długo, jadę sobie Green Velo wzdłuż prawego brzegu Sanu pod jego nurt, licząc że może będzie jeszcze jedna przeprawa przez rzekę. Zagadana rowerzystka mówi mi że już nie będzie mostu w granicach Przemyśla. Tędy dojechałbym do Krasiczyna, a to wolę może następnym razem. Wracam ponownie na kładkę i lewy brzeg, bo ten jest zdecydowanie mniej odwiedzanym przez turystów. Podjeżdżam pod kościół i cerkiew, a mostem drogowym na prawy brzeg i rynek pełen ludzi. Szykuje się tu jakaś impreza, jest scena i dużo straży miejskiej. Spędzam tu chwilę bo ostatnio byłem może ze dwa lata temu, robię przerwę na loda i jadę na dworzec. Brak udogodnień, trzeba targać po schodach po szynach przeznaczonych dla wózków dziecięcych. Idę i czekam 45 minut na podstawienie pociągu. Przejechałem około 66 km. Włączyłem dziś po raz pierwszy nadzwyczajne oszczędzanie baterii w telefonie, przez co zrywało mi kilkakrotnie trening na aplikacji :-(. Pociąg ruszył punktualnie, ale mimo całkowitej rezerwacji miejsc, w wagonie rowerowym siedziało kilka osób, tak jak w każdym dostępnym miejscu wagonu. Musiałem rozpakować rower i powiesić na haku, bo było jeszcze trzech rowerzystów (wagon na sześć rowerów). Do Krakowa jakoś zleciało, bo zgodnie z rozkładem, ale w mieście Kraka czekamy na przesiadających się z innych pociągów i opóźnienie rośnie do ponad pół godziny. Przed 22 jestem w Katowicach. Ledwo uwalniam rower spośród podróżujących w jego otoczeniu. Pociąg jedzie do Wrocławia a ja jedenaście kilometrów do domu, robiąc po drodze kilka zdjęć nocnym Katowicom. Jestem szczęśliwy że udało mi się zrobić tą trasę. Około 813 km. 🙂                                                    Cerkiew pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Chotyńcu                                                                    Orientacyjny dotychczasowy ślad mojego objazdu Polski

Więcej zdjęć z tej wycieczki to zobaczenia tutaj.