2026-08-09 Bobrza – Czarna Nida (920)

Po chłodnej nocce spędzonej nad zalewem Cedzyna, z samego rana ruszam na szybkie zwiedzanko Kielc (a na serio, dwóch miejsc które chciałem zobaczyć), po którym będę próbował przepłynąć się po rzece Bobrzy – po 29 latach ponownie.

Skusiłem się na Bobrzę, bo blisko „mojej”  zdobytej Łysicy, a przede wszystkim od kilku dni wodowskaz Słowik w Kielcach, umiejscowiony około czternaście kilometrów powyżej ujścia do Czarnej Nidy wskazywał blisko 200 cm. co jest stanem średnim. Rzeczywistość zastana w miejscu umiejscowienia wodowskazu okazała się zdecydowanie inna. Na moje oko poziom wody w tym miejscu to ledwo piętnaście cm. :-(. Szkoda mi czasu na kombinacje, gdzie by tu jechać, bo jakoś uparłem się na tą Bobrzę, zjeżdżam zatem kilka kilometrów niżej . Na most nad Bobrzą w Woli Murowanej nie udaje mi się wjechać, ale idę pieszo zostawiając auto w pobliskim lesie i widzę że wody tu jest już znacznie więcej. Postanawiam tu wystartować, ale mój tegoroczny niefart przynosi kolejne etapy (licząc że pierwszym była niemożność spłynięcia od wodowskazu według wskazań stanu średniego). Gotowy do startu nie mogę zamknąć transportowca. Pilot nie działa. Nie ma możliwości zamknięcia kluczykiem. Kombinuję, odpalam silnik, gaszę wysiadam i pilot zaczyna działać. Auto zamknięte, mogę wędrować nad rzekę. To około 250 metrów. Gdy już usadawiam się w kajaku, zauważam że nie zabrałem aparatu foto. No to nieodłączne narzędzie moich wędrówek, telefonem nie zawsze udaje się szybko zareagować na ciekawe zdarzenie . Wracam do auta i przed dziesiątą startuję. Już za pierwszym zakrętem uświadamiam sobie skąd nazwa rzeki, zaczynają się zwałki. Słabo widoczne tu ślady pływania, więc muszę się przedzierać. Trzeba kila razy wyjść z kajaka. Rzeka ładna, momentami głęboka na ponad metr z widocznym piaszczystym dnem, ale są też momenty wypłyceń po których trę dnem, a najgorzej że w tych miejscach są kamyki a nie piach. Z tego powodu też wysiadam :-(. Tempo jednak nie najgorsze bo pierwsze trzy kilometry pokonuję w godzinę, a po niej na brzegu znak informujący o niebezpiecznym miejscu i o odległościach dzielących to miejsce od ujścia do Nidy, do Wisły i do miejscowości Tokarnia. Samo miejsce to jakaś zrośnięta zastawka z powalonym drzewem przez które nie da się przepłynąć, ja biję w lewą stronę i przenoszę przez suchą jakby przepławkę dla ryb. Udaje się pokonać przeszkodę za którą znajduje się most na DK 763. Pod nim chyba ruszają spływy, bo woda jakby łatwiejsza do pokonania, aczkolwiek na pięćset metrów przed ujściem, spore zwężenie z przyspieszonym nurtem i bystrzem cisnącym wprost na drzewo ze słabą perspektywą łatwego pokonania. Tam zostaję ukarany za chęć fotografowania. Mój (prawie) nowy aparat nie chce „odpalić” a mnie w tym czasie porywa dosyć silny nurt i rzuca w poprzek bystrza, gdzie dziób zatrzymuje się głazach po prawej stronie, a rufa na płycie po lewej. Kajak mi się huśta i buja, w zależności ile hektolitrów wody przelewa mi się po wierzchu nie do końca szczelnego fartucha. Kombinuję jak się wyratować by nie zaliczyć kabiny. Aparat zadziałał, to zrobiłem jeszcze fotę zapełnienia fartucha i działam. Zapieram z całej siły wiosło o brzeg przy dziobie i mocno przepycham się na płytę po stronie rufy. Udaje się. Robię tu sobie wymuszoną przerwę na popas, i wyczerpanie wielu litrów wody z kajaka. Moja ocena sytuacji zejścia na wodę w tym miejscu nie jest optymistyczna, obawiam się kabiny. Wyjście na brzeg też nie jest tutaj zbyt dogodne. Postanawiam przerzucić kajak na drugą stronę i jakoś się przemieścić w moim i tak już przemoczonym gumiaku :-). Operacja zakończona powodzeniem, bez napełnienia gumaka bardziej niż jest. Odpływam z pechowego miejsca, by na tym ostatnim pół kilometrze natrafić na kilka przyspieszeń nurtu na przepłyceniach i wpłynąć w końcu na Nidę której w tym miejscu prawie nie zauważam. Czterysta metrów i jest znak skrętu do przystani na której dzień wcześniej pozostawiłem rower na przechowanie. Trzeba popłynąć pod prąd w stronę młyna w Wolicy. Udaje mi się pokonać może z dwieście metrów, i muszę kończyć bo pod prąd dalej się nie da. Płytko i bardzo szybki nurt. Wytaczam się na łączkę z której droga po dwustu metrach doprowadza mnie do dosyć obszernego terenu przystani i pola namiotowego Bastek. Tu gdzie wkraczam na ich teren, akurat swój czterodniowy biwak ma grupa znajomków z Tołchaja. Wiem o tym od wczoraj. Spotykam kilku, bo reszta jest akurat na Nidzie. Wędruję obok kajaka który taszczą dla mnie Mariusz S. z Piotrkiem Ł. aż do mego roweru. Dziękuję Koledzy. Teraz pora na rower. No i znowu pech. Na pierwszych kilkudziesięciu metrach po kamienistej drodze, odpada mi telefon od „trzymacza” i pęka szkło. Wygląda to źle, ale chyba pancerna szyba spełniła zadanie. Wszystko działa więc dobrze. Jadę, ciekawe czy auto w lesie stoi jeszcze? Stało, więc powrót po kajak, gdzie składam serdeczne podziękowania Pani ze „Spływy kajakowe w dolinie Nidy Bastek” za bezpłatną opiekę nad rowerkiem. (Jedyna firma z trzech do których pisałem w odpowiadającej mi lokalizacji, która odpisała mi na maila ze zgodą na gratisowe przechowanie rowerka) Tu dziękuję ponownie a kilka fotek z wycieczki do zobaczenia poniżej.