
Po upalnej sobocie, korzystając z niedzielnego, prawie dziesięciostopniowego ochłodzenia postanawiam przepłynąć się Małą Panwią. Do czego to doszło że człek by popływać woli ochłodzenie od ciepłoty 😉
Przed wyjazdem mam jeszcze lekkie obawy jak może wyglądać dzisiejsze pływanie, bo minionej nocy 20 kilometrów od miejsca planowanego startu przewinęły się ostre burze z wiatrem wyrywającym drzewa z korzeniami :-(. Na przykład przy jeziorze Nakło – Chechło. O dziesiątej startuję jednak w Krupskim młynie i poziom wody niezbyt wysoki, a wręcz niski. Chyba najniższy po jakim tędy pływałem. Obecnie 26 cm. w tamtym roku było 30, ale to i tak nie tak źle, bo jeszcze trzy godziny wcześniej było dziewięć centymetrów mniej i po nocnych deszczach zaczęła przybierać. Tuż za startem pierwsze dwie przystanie zastawione nie zliczoną ilością kajaków i ludzi czekających na pozwolenie startu. Fajnie że jestem przed nimi, choć po kilkunastu minutach doganiam inne grupy weekendowców. Tak po prawdzie, to przy dzisiejszych prognozach miałem nadzieję, że sporo ludzi się wyłamie i nie pojedzie na kajaki. Może i tak było, ale na wodzie też sporo kajaków. Trudno kogoś wyprzedzić, bo wszędzie płytko. Nie wiem jak mało zanurzenia mają dzisiejsze kajaki z wypożyczalni, że dwójki przepływały w miejscach w których mnie czasem zatrzymywało. Cóż , najwyższa pora zrzucić nieco z wagi :-(. Do mostu w Kielczy, nieco ponad osiem kilometrów płynę ponad półtorej godziny. Na moście mam kibiców. Jest mój wnuk ze swoim tatą :-). Płynę dalej by po dwudziestu minutach zobaczyć jak ludzie wciągają kajaki przez zastawkę do młynu Bombelka. W tamtym roku mogliśmy tam wpłynąć, a teraz dźwigają kajaki na dobre trzydzieści centymetrów. Straszny deficyt wody. Pięć minut później zjeżdżam z jazu i płynę w stronę kolejnego młyna – Thiel. Jestem po kwadransie i widzę widok jakiego tu jeszcze nie widziałem. Jaz praktycznie bez wody, malutka stróżka a cała woda idzie na młynówkę. Wychodzę po lewej i po grzbiecie jazu idę na prawy brzeg, na tradycyjną moją trasę obnoszenia. Tu na łączce ogromny ekran kina plenerowego a na brzegu kończył się trzy dniowy zlot motoryzacyjny Fanatic Summer Car Show 2026. Schodzę na wodę w połowie drogi pomiędzy mostem a dopływem młynówki. Daje się płynąć, a za młynówką jest nawet całkiem nieźle. Lepiej niż przed młynami, a i tłoku nie ma na wodzie. Nie spotykam żadnego kajaka dopływając po godzinie do jazu elektrowni. Moja ostatnia przenoska dzisiaj. Chyba w niedzielę elektrownia ma wolne, bo cała woda płynie przez jaz. Dawno tego nie widziałem. Stąd do mojej mety to już przysłowiowy rzut beretem, choć czy ja wiem? Pięć kilometrów biegnących wzdłuż Zawadzkich z kiedyś działającą przystanią Tropikana, dziś nie dostępną z wody. Kilka przemiałów i kamienistych bystrzy i pojawia się most przed ujściem Lublinicy naprzeciw której kończę dzisiejszą kajakową wycieczkę. Tu zastaję parę kończącą dwudniowy spływ po tym samym odcinku który ja pokonałem dzisiaj. Rozpakowują kajak, mieli sporo rzeczy z rozkłądaną hulajnogą na czele. Basen przy którym skończyliśmy wygląda coraz gorzej. To jakiś plac (prze)budowy. Zniknęły budynki starego zaplecza sanitarnego, a naokoło basenu nasypane całe hałdy ziemi. Ciekawe co tu będzie za rok. Postanawiam, że jeśli mam się męczyć na tak niskiej wodzie, to następnym razem przyjedziemy po 15 października, bo wtedy już po sezonie , pusto na wodzie a do tego spotkać można całe stada migrujących jeleni i saren. Raz to widziałem kiedyś tam. Ciekawe tylko, czy przez najbliższy rok nie zapomnę swojego postanowienia :-).
Kilka fotek ze spływu w poniższej galerii


































