Powoli kończy się mój średnio udany urlop, od wtorku wybierałem się na Skawę, ale wciąż zasypiałem. Dziś ustawiłem zegarek i jadę 🙂O dziewiątej jestem pod śluzą Smolice, gdzie wcześniej telefonicznie wstępnie umówiłem się na pozostawienie roweru. Brama zamknięta ale dzięki życzliwemu operatorowi śluzy udaje się rower pozostawić, a ja jadę do Wadowic, by ruszyć na rzekę po czternastu miesiącach. Na miejscowym wodowskazie stan wody 108 cm. podobno to średni, choć ja po zwodowaniu mam odczucia zdecydowanie niskiego. Najniższego po jakim pływałem (tak na oko).
Wodowskaz Wadowice
No i o dziesiątej ruszam na trasę najczęściej pływanej podczas majowego ogólnopolskiego spływu Skawą. Dziś samotnie. Kilka zakrętów z którego jeden ciasny z nurtem mocno wpychającym w nadbrzeżne drzewa, ocieram się o nie mocno, ale daję radę. Myślę że podczas majowego spływu mogło tu być kilka wywrotek. Dalej spokojne. kilkaset metrów po wodzie prawie stojącej, później jakieś bystrze, lub rozjazd z wysepką pośrodku. Trzeba tylko wybierać odpowiednie przejście. Co chwilę czaple i stadka nurogęsi uciekające przede mną.
Tak sobie wiosłuję powoli, obserwując przemieszczające się nad głową chmury, licząc że zgodnie z prognozami, deszcz mnie nie dopadnie. W pewnym miejscu na brzegu, blisko wody rozbity namiot. Obok nikogo. Ciekawe? Mijam to miejsce i mijam czternasty kilometr wycieczki. Zbliżam się do jazu w Grodzisku, pamiętając że po lewej zrobiona jest taka ala przepławka, ale pamiętam również że dla mnie mało pomocna. Tak więc robię tylko fotkę znaku niewiele mówiącego co tu można zrobić i płynę na prawy brzeg, by przenieść kajak tradycyjną ścieżką.
Po przenosce spotykam wędkarza, któremu zupełnie nie przeszkadza moja obecność, zamieniamy kilka zdań życząc sobie na koniec udanego i miłego dnia. Można :-). Powoli zbliżając się do Zatora robię sporo zdjęć, bo przecież na spływie ogólnopolskim nie płynie się tędy powoli. To odcinek szybkościowy. Spotykam kolejnych wędkarzy, tych interesuje tylko czy płynę sam czy będzie nas więcej. Jeszcze jeden śmieje się że dziwił się „czemu tak kaczki spier…..ją”. Wyjaśniło się gdy mnie zobaczył :-). Pozostaje jeszcze kilka spokojnych bystrzy i są mosty- ten na DK 44 a za nim remontowany kolejowy. Pod mostem zakręt z przyspieszeniem i dalsza droga pod kładkę w Podolszach. To za nią kończyliśmy wyścig i zarazem pierwszy etap spływu ogólnopolskiego. Dziś pusto, nie ma sędziów, nie ma kibiców, nie ma nikogo :-(. Płynę dalej – do przepławki obok przebudowanego jakieś trzy lata temu, jazu. Ten mam już przetestowany, a nawet nagrany więc spokojnie spływam. Jeszcze kilka zakrętów i jest Wisła. Na jej lewym brzegu wędkarze, ale ja robię ostry skręt w lewo wpływając w kanał prowadzący do śluzy Smolice. Widzę z daleka ,że ze śluzowych wrót wylewa się woda. Czyżby to dla mnie opuszczali? Czy może ktoś płynie. Zobaczymy. Płynę powolutku mijając kilka par najmniejszej czapli występującej w Polsce. To bączek.
Bączek
Dopływam do pomostu przy śluzie, obserwując wypływającą ze śluzy małą żaglówkę z dwójką młodych ludzi. Płyną na silniczku nie słysząc pytania dokąd płyną. Idę z kajakiem do roweru. To czterysta metrów. Pod koniec wędrowania zaczyna padać deszcz. Ech. Mam szczęście, czy raczej nie mam? No mam, wszak dopłynąłem przed deszczem, no ale chyba nie mam, bo teraz czeka mnie przejażdżka rowerowa po transportowca do Wadowic. Rower stoi w blaszanym garażu, który wzmaga dźwięk opadu uderzającego w dach. Przebieram się i kombinuję czy jechać najkrótszą drogą, czy według wcześniejszego planu, nieco okrężną, ale za to w połowie nową ścieżką rowerową Velo Skawa prowadzący z Podolsza do Łączan prawie w całości asfaltową ścieżką po wale na prawej stronie Wisły. Deszcz ustał, ruszyłem według planu. Fajna dróżka w ciszy z dala od ruchu samochodowego prowadzi mnie blisko brzegów Wisły przez 22 km. Widzę nawet przez chwilę widzianą koło śluzy tą małą łódeczkę z żaglem. Gdy widzę z daleka zabudowania stopnia wodnego Łączany, skręcam w prawo na Tłuczań. Zaczynają się podgórki, tak asfaltem jak i polną drogą. Wokół coraz więcej chmur i zaczyna kropić, na szczęście niezbyt mocno. Do Wadowic dojeżdżam po niespełna 3,5 godzinie i blisko 41 kilometrach. Transportowiec stoi tak jak go pozostawiłem rano. Rower na dach i do Smolic na śluzę po kajak. Chwila rozmowy z panem operatorem z drugiej zmiany (obu serdecznie dziękuję za pomoc) i ruszam do domu. To był intensywny dzionek a kilka fotek z jego przebiegu do zobaczenia w poniższej galerii.































