2026-07-06 Brynica-Cz.Przemsza-Przemsza-Wisła (915)

No i tak. Nie mogę sobie znaleźć miejsca po sobotnim przedwczesnym powrocie do domu po dwóch dniach wyprawy planowanej na jedenaście dni. Tym bardziej, że w sobotni późny wieczór zapakowałem na transportowca mały kajak a do środka wszystkie potrzebne rzeczy na tygodniowy wyjazd na rzeki po których jeszcze nie pływałem, oddalone około pięćset kilometrów ode mnie…Pobudka o siódmej rano i wyjrzenie przez okno zgasiły moją chęć wyjazdu. Znowu internet i prognozy no i zostaję :-(.  Dziś, w poniedziałek nieco zaspałem, wszak mam urlop,  a za oknem słonecznie. Co robić? Najbliżej mnie moja Brynica. Może wreszcie zrealizuję dawny zamiar na poznanie wód jeziora Dziećkowice. Ruszam na spływ godzinę przed południem. Zaczynam na nowej nie pływanej wodzie, miejskiego parkowego stawu. Stawu Grabek. Co ciekawe jakieś czterdzieści lat temu nad stawem istniała wypożyczalnia kajaków, ale ja nigdy po nim nie pływałem. Dość dawno zwróciłem się o zgodę na przepłynięcie do miejscowego MOSir, i takową otrzymałem, choć dzisiaj nie musiałem nikomu owej zgody przedstawiać.                                                                                                                    Staw Grabek

Opłynięcie stawu (sześćset metrów) zajęło mi niespełna dziesięć minut po których przenoszę się na Brynicę w miejscu skąd najczęściej startuję, lub kończę płynąc od strony Piekar Śląskich. Rzeka mocno zarośnięta najprawdopodobniej jaskrem rzecznym. Daje się płynąć, choć wolniej niż zwykle. Jest trochę kaczek, a za mostem w Milowicach, po raz pierwszy na Brynicy spotykam czaplę siwą (chyba). Ta mnie prowadzi aż do DK 86, potem gdzieś nie zauważenie znika, a do sosnowieckich Stawików prowadzą mnie przeróżne kaczuchy.                                                                                                                 Zarośnięta rzeka

Za Stawikami pojawia się parka łabędzi, która płynie przede mną aż do ujścia Brynicy do Czarnej Przemszy. Nie zatrzymują się, ja muszę bo nie zaryzykuję skoku z progu na ujściu. Obnoszę przez ulicę i ruszam dalej, już na Czarnej Przemszy z niskim poziomem wody. Na wodowskazie Szabelnia przy ujściu Brynicy 24 cm. (dobę później o pół metra więcej) .   Za progiem czeka na mnie łabędzia parka z którą płynę kilka kilometrów, mijając ujście Białej Przemszy, kilka mostów i bystrzy. Gdy dopływam do bystrza, które już od lat obnoszę, łabądki bez problemu je pokonują. Dziś ładny i ciepły dzień, sam dosyć długo zastanawiam się czy może nie przypomnieć sobie jak tu można spływać. Po prawej ostry nurt ciśnie na drzewo, można nie wyrobić zakrętu. Po lewej nieco delikatnej, ale zauważam jakiś worek czy inny materiał zaczepiony o coś na dnie, co nie wygląda zachęcająco dla spływającego. Jednak bez asekuracji nie próbuję. Obnoszę. Łabądki czekają. Płyniemy jeszcze jakiś czas, aż w końcu zawracają. Pojawia się za to parka czapli (chyba) siwych., Te mi zbyt długo nie towarzyszą.                                                                                             Łabądki przed bystrzem które ja obniosę

Dopływam do mostu autostrady A4 i wypatruję dogodnego miejsca na wyjście, by przenieść kajak na jezioro Dziećkowice. Okazuje się że wychodzę nieco za wcześnie, i deptam po piachu przez las aż do ogrodzenia, którym otoczone jest jezioro po wschodniej stronie. Ogrodzenie jest tak wysokie, że nawet nie mogę spojrzeć na jezioro. Ęch                                                                                                            Taka przeszkoda

Wiem , że gdzieś jednak ogrodzenie jest przerwane i da się dojść do wody. Na moje nieszczęście na jeziorku fale, na rzece nie odczuwałem siły wiatru. Coś nie pisane mi jest spełnianie tegorocznych zamierzeń :-(. No jednak skoro już doniosłem tu ten kajak, to chociaż spróbuję wypłynąć na falujące wody. Mały kajaczek mocno się buja. Wypływam wzdłuż zapory, pod lekko boczną falę i postanawiam zawrócić. Płynięcie z falą jest dość ekstremalne. Na długim kajaku fajnie bym się ślizgał, ale na małym muszę mocno uważać. Na szczęście do pokonania mam tylko pięćset metrów.                                                                                           Falujące jezioro Dziećkowice

Wracam na rzekę, a nad głową zbiera się coraz więcej chmur, a i wiatr tutaj jakby się wzmógł. No i po kilkunastu minutach zaczyna padać, a chwilę później wręcz lać, i tak podczas tego deszczu mijam kładkę rowerową łączącą Chełmek z Chełmem Małym a po kilometrze most Galicyjski pod którym nie zatrzymuję się dla przeczekania ulewy, bo ta nagle ustaje. Super, bo nawet nie zdążyłem ubrać nic antydeszczowego.                                                                                                          Początek deszczu

Na szczęście nie jest zbyt chłodno, a do Wisły pozostało jeszcze pięć kilometrów, które pokonuję w czterdzieści minut. Kilka fotek na „kilometrze zero” , bo znowu jest oznaczenie, i spokojnie pod most Benedykta XVI, przy którym czeka już na mnie transportowiec.                                                                                                                  Na „zerze”                                      Most Benedykta XVI – moja meta po przebyciu 39 km. Znowu przerwało mi trening 🙁

Wisła tutaj płaska jak lodowisko, zero wiatru, nic tylko płynąć w daleką trasę 🙁 Na wodowskazie Pustynia poziom średni: 216 cm. Jako że w transportowcu żona z wnukiem, podjeżdżamy jeszcze na pobliską nowo wybudowaną wieżę widokową, poglądąć dalekie okolice :-), a to co z niej widać do zobaczenia w poniższej galerii