2026-07-02-03 Odra (914)

To miała być kolejna z prawie corocznych odbywanych od kilkudziesięciu lat samotnych kajakowych wielodniowych wypraw. Miała :-(.  Już sam wyjazd nie odbył się planowo. Miało być w środę po pracy, ale nim zapakowałem kajak i resztę sprzętu nadciągnęła wielka chmura z której zaczął lać zdrowo deszcz. Spojrzenie na prognozy, no i do rana średnio ciekawie. Żona oferuje podwózkę rano przed pracą, zamiast na deszczową noc. Do przejechania około godzinka więc to chyba dobry pomysł. Nocuję jeszcze w domu, a 2 lipca wyruszamy na tegoroczną wyprawę. Popłynę Odrą od Kędzierzyna-Koźla czyli od miejsca w którym skończyłem tegoroczny spływ Odrą z Raciborza . Notabene wszystkie moje pływania Odrą na długich dystansach nigdy nie zaczynały się w Koźlu, a zwykle gdzieś dalej. Podniecony, czy może zaspany zatrzymuję się za mostem na wyspie w Kędzierzynie Koźlu i widząc zarośla nad brzegiem rzeki, wracam przed most, na przystań Szkwał. No i stąd wniosek o podnieceniu wyprawą, czy może zaspaniem przed porannym transportem, bo byłem tu nie raz i przecież wiem że Szkwał znajduje się przed jazem i śluzą nr 1 – Koźle. A ja miałem wodować się za jazem. Moje przebudzenie następuje tuż po odbiciu od brzegu po zapakowaniu czterdziestu kilogramów napoi, pożywienia i wyposażenia mającego mi służyć przez najbliższe jedenaście dni . Godzina ósma rano, a ja już w szoku że za chwilę będę musiał rozpakować przed momentem zapakowany kajak, by obnieść jaz w Koźlu. Na szczęście operatorzy na śluzie odbierają szybko telefon i równie szybko jestem opuszczony niespełna trzy metry w dół, a po kwadransie po jestem za przeszkodą i schodzi ze mnie napięcie i poranny stres. Ten mija już całkowicie, gdy po trzech kwadransach mijam się z płynącą pod prąd jednostką żeglugową z której zagaduje do mnie gość, z którym dwa dni wcześniej rozmawiałem telefonicznie o możliwościach śluzowania w Krapkowicach. Pan z daleka krzyczy do mnie, że skoro to ja to spokojnie mogę płynąć , bo obiecane mam śluzowania. Fajnie. Po kwadransie dopływam do drugiej śluzy- to Januszkowice i nastrój mój poprawia się coraz bardziej, bo po pierwsze wrota śluzy otwierają się dla mnie z marszu, a po drugie mija dopiero pierwsza godzina mojego płynięcia, a ja według kilometrażu Odry pokonałem już dziesięć kilometrów. Średnio mi pasuje ten kilometraż w stosunku do tego czasu, ale pan śluzowy wyjaśnia mi, że jakieś cztery kilometry uciekły gdzieś na starorzeczu, a w oficjalnym kilometrażu nie zostało to sprostowane. No to teraz mi się zgadza :-). Następną śluzą jest Krępa, znowu z marszu, z zatrudnionymi eko kosiarkami (kozami) dbającymi o właściwą długość trawy na terenie śluzowym :-). Po czterech godzinach płynięcia, w samo południe pokonuję czwartą śluzę, tą obiecaną do przejścia 😉 – Krapkowice. Fajnie i tempo fajne, bo już 27 km. Spokojnie dopływam do piątej śluzy – Rogów i tu jakby koniec dobrej passy. Wrota zamknięte, choć zielone światło świeci. Numery telefonów z internetu nie działają. Udaje mi się dodzwonić jakoś przez Wody Polskie z Gliwic za trzecim razem i wrota się otwierają. Operator miły oferuje butle mineralnej nie wiedząc że mam wypchany cały kajak takimi butlami, i za to że tyle się naczekałem nie bierze opłaty. Dziękuję. Za śluzą tuż za mostem A4 muszę już zrobić chwilę przerwy bo siedzę w kajaku od sześciu godzin. Tak więc chwila na rozprostowanie gnatów, jakaś przegryzka i dalej w drogę. Następna śluza Kąty. Śluzy w większości z roku 1983 i niektóre wyglądają jak z tego roku ;-), a niektóre świeżo odremontowane. Kąty znowu prawie z marszu więc ok., i tak jest i na następnej śluzie – Groszowice. Kawałek za nią mijam się z trenującymi kajakarzami płynącymi ostro w górę rzeki. Prawie zderzam się z ich trenerem na motorówce. Wyglądam chyba na niezauważalnego :-(. W śluzę Opole wpływam o siedemnastej trzydzieści. Słońce zaczyna razić w oczy. Za śluzą klub kajakowy z parasolami, kawą, lodami i goframi, no ale trzeba płynąć by czasem nie zostać w mieście. Zaczyna nieco wzmagać się wiatr. Szybko mijam opolską zabudowę i na brzegach pojawiają się wędkarze. Płynę blisko brzegu, bo środkiem fale zaczynają być dokuczliwe. Nie zauważam niektórych żyłek i zaczynają się pyskówki. No cóż. Takie życie kajakarza. Kwadrans przed dziewiętnastą jestem w ostatniej na dziś śluzie – Wróblin. To ostatni kwadrans niższej opłaty za śluzowanie (6,20 pln), po dziewiętnastej dwa razy więcej.  Odpływam jakiś kilometr za śluzę i dostrzegając w miarę fajne miejsce na biwak postanawiam zakończyć pierwszy dzień wędrówki w którym przepłynąłem 56 km. według aplikacji lub 63 według znaczków kilometrażowych, pokonując 9 śluz w miarę dobrym tempie. Jest po dziewiętnastej a mój pierwszy biwak znajduje się tuż przed ujściem Małej Panwi. Pogoda mi dopisała, choć pod koniec zaczęło trochę wiać.

 

Dzień 2 zarazem ostatni 😞

W nocy zaczęło mocniej wiać. Na tyle mocno że różne odgłosy powodowane wiatrem wyrwały mnie ze snu nie pozwalając pospać dłużej. Gdy wstałem przed siódmą, niebo pochmurne a rzeka niższa o dobre 20 cm. płynąca w drugą stronę niż mój plan. No nie pierwszy a i pewnie nie ostatni raz taka sytuacja pomyślałem i ruszyłem o 7,30. Skalę uciążliwości wiatru poczułem dopływając do pierwszej dzisiejszej śluzy – Dobrzeń. Sześć kilometrów płynąłem 1,5 h. W drodze do następnej zacząłem przeglądać internet jak długo będzie dmuchać z taką siłą. Przy okazji zauważyłem że mój dzisiejszy trening  na aplikacji trwał tylko niespełna siedem minut i się wyłączył. To dzisiaj będę płynął tylko według kilometrażu szlaku wodnego. Przemierzam jeszcze dwie śluzy z których przeciąg prawie mnie wywiewa, dobrze że zamykają szybko wrota 😉 i w drodze do śluzy Ujście Nysy zaczynam się zastanawiać czy nie zrobić nawrotu, by wrócić do Koźla. Robię nawet taką próbę, a ta pokazuje, że pod prąd Odry, bez wiosłowania płynę szybciej niż z prądem wiosłując :-(. A prognozy dotyczące wiatru są bezlitosne. Wiatr zachodni średnio 30 km/h w porywach do 50 i co najgorsze nie odpuszczający aż do następnego piątku na mojej trasie. Nawet nocą niewiele ma słabnąć. Kiepsko. Czasem na innych wyprawach udawało mi się go przechytrzyć wypływając o świcie gdy on jeszcze spał. Dzisiejsze prognozy nie dają mi nadziei na takie oszukanie 🙁 . Nie decyduję się jednak na nawrotkę,  bo nie o taki spływ mi chodziło. Śluzuję się jeszcze przez Ujście Nysy i gdy na rozjeździe do śluzy Zwanowice lub jej jazu grzywacze przelewają mi się przez pokład raz za razem,  zawracam i wysiadam naprzeciw miejscowości Kopanie w miejscu nie istniejącego już promu.  Jest prawie piętnasta a wiatr coraz silniejszy. Siedzę i obserwuję flagi na budynku na przeciwnym brzegu, jak prawie non stop łopoczą w kierunku na wschód.  Podejmuję ciężką dla mnie decyzję,  ale chyba jedyną słuszną. Kończę tegoroczną nie udaną wyprawę.  Mógłbym się jeszcze tydzień pomęczyć przepływając dziennie 30 może 40 kilometrów, ale moim celem było Międzyodrze i nie przepłynięte nigdy wcześniej poldery. Wyprawa w 40 rocznicę mojej pierwszej samotnej wyprawy (Drawą) okazała się nieudaną 😓.Przepłynąłem dzisiaj 28km. z czterema śluzami co zajęło mi siedem godzin. Dzwonię po transport by nazajutrz wrócić do domu. Flagi naprzeciw obserwuję jeszcze do wieczora i nie widzę poprawy. Nocą troszkę się uspokaja, ale od rana rzeka wciąż płynie w kierunku źródeł. Ja o dziesiątej jestem już w domu. Jest sobota, a ja mam jeszcze tydzień urlopu. Jestem rozbity :-(. Długo ślęczę przy mapach polskich wód, stanów wód i prognoz pogody i postanawiam zapakować się jeszcze raz, z tym że teraz z krótkim kajakiem i zaopatrzeniem nie aż takim wielkim, bo w planie przepłynięcie kilku nowych rzek w północnej Polsce, z codziennym poetapowym powrotem do transportowca. Poranna pobudka odbiera mi chęć na wyjazd. Od rana leje, doczytuję jeszcze że północną część naszego kraju opanuje cyklon Bernadette powodujący sztorm na Bałtyku o sile do 12 stopni w skali Beauforta. Zostaję w domu. Koniec 🙁

Kilka fotek poniżej