2026-06-26-28 Pilica (913)

Mimo zapowiedzi rekordowych temperatur w ten weekend i alertów RCB w tej właśnie sprawie, korzystając z okazji podwózki gdzieś nad Pilicę, postanowiłem skorzystać i podjechać do Maluszyna w piątkowe popołudnie.

I tak już o siedemnastej jestem na plaży w Maluszynie, biegnę zobaczyć jak wygląda dzisiaj oddalony o 150 metrów próg, który od lat z powodu hydrologicznej suszy robi się coraz wyższy, (dziś różnica poziomów na oko ma blisko pół metra) wolałbym nie skakać z niego na moim wyprawowym, zapakowanym na dwudniową wycieczkę kajaku. Dlatego szybko ruszam na najkrótszy w mojej karierze, bo właśnie 150 metrowy  spływ – do jazu :-). Tam przyjazna młodzież zażywa uroków słonka i płynącej wody. Korzystają w ładnie wykoszonym i czystym miejscu do którego docierają tylko najwytrwalsi. Tacy jak ja w tamtym roku rowerem ;-). Do wieczora leżę sobie pod jedynym krzaczkiem dającym odrobinę cienia. Młodzież się zwija, przelotni wędkarze też, zostaję sobie sam, i mogę spokojnie odpoczywać do jutra 🙂                                                                                                     Ładne miejsce noclegowe

Już o siódmej rano budzi mnie napierające się bez litości swym gorącem w ściany namiotu słonko. Muszę wstawać i szybko się zwijać. Robię to i tuż po ósmej ruszam na dzisiejszy spływ. Ma być gooooorąco.                                                                                                   Tak wygląda prożek z rana

Sam start średnio udany, bo wodując kajak z wysokiej skarpy nie zauważyłem że z gniazda steru, ster wysunął się i wpadł do wody. Zauważyłem to dopiero na pierwszym zakręcie, gdy kajak nie reagował na moje próby sterowania. Gdy znalazłem już miejsce na dogodne wyjście i wyłowienie steru, ten miał już tak poskręcane linki, że ich odkręcenie i odplątanie zajęło mi chyba z minutę :-). No i wreszcie mogę ruszyć na serio, a ster na tym początkowym odcinku wydaje się być niezbędny. Ledwo wyrabiam na niektórych ostrych zakrętach, ale jakoś idzie, zwłaszcza że póki co na rzece dosyć pusto i spokojnie i taki stan rzeczy utrzymuje się prawie półtorej godziny, po których za mostem w Sudzinie wytacza się na wodę cała horda kajaków, przeszkoda nie do pokonania 😉                                                                                               Ekipa na całej szerokości rzeki

Na szczęście jakoś udaje mi się przedrzeć przez pomiędzy nimi i znowu być na wolnej drodze, która najpierw doprowadza mnie do łączki po której dostojnie spaceruje sobie bocian, wcale nie bojący się kajakarza…                                                                                                                                 🙂

… a po dwóch zakrętach z piaszczystego brzegu wchodzi do wody całe stadko perkozów. Te kajakarza się boją i zaczynają szybko uciekać. Co jakiś czas zbliżam się do nich, a one znowu sprint. Trwa to dosyć długo, od zakrętu, do zakrętu aż dopływamy do ujścia Czarnej. I tutaj jetem świadkiem tego, perkozy potrafią się porozumiewać. Jeden wpływa w Czarną i krzyczy coś tam po perkozowemu, na co całe stadko liczące jakieś dwadzieścia sztuk, szybko zawraca i mijając mnie po lewej stronie, rusza pod prąd rzeki. Żal mi się ich zrobiło na myśl, że za chwilę mijać się będą ze wspomnianą i wyprzedzoną przeze mnie hordą kajaków 🙁                                                                                                   Tak uciekają jeszcze przede mną

Po trzech godzinach za mną Krzętów i kolejne dwie grupki kajakarzy weekendowych, a ja zaczynam odliczać kilometry do planowanej mety, tak jak bym właśnie rozpoczął spływ. A to dlatego że planuję dopłynąć do zaprzyjaźnionej przystani Kajmary którą ostatnio corocznie odwiedzam, a której właściciele – Jola z Marcinem zawsze mnie goszczą po królewsku, za co w tym miejscu serdecznie dziękuję :-).  No ale nim zostanę ugoszczony w tym roku muszę jeszcze powiosłować blisko siedem godzin, a nad głową grzeje coraz mocniej. Płynę. Mijam złomowe resztki koła młyńskiego, które widziałem kilkanaście lat temu, jak nawadniało pobliskie pola, mijam pustą, a ładnie rozbudowaną przystań z wieloma parasolami pod którymi nikogo dziś nie ma. W samo południe jestem obok miejsca w którym co roku spotykam, stado kudłatych krów rasy szkockiej, i nie tylko krów, byki też były :-). I tym razem nie tylko na brzegu, całe stado w rzece. Na szczęście najwyższy byk na mnie tylko spojrzał i ruszył w stronę brzegu, tak jak większość tego wielkiego stada. Pół godziny później kolejna wizualna niespodzianka. Na brzegu mocno opisanym jako prywatny, biega sobie ptaszek – dudek, którego nawet udaje się jako tako sfotografować. Jeszcze nie ochłonąłem po dudku, bo to dla mnie nie codzienny widok, a tu na niebie krąży wokół mnie jakiś drapieżnik. Chyba poluje a wygląda na rudą kanię. Zbliża się trzynasta i most w Przedborzu przed którym kilka bystrzy do pokonania na spokojnie. Gorzej pod mostem, bo trzeba uważać na wystające kołki. Za mostem na przystani przerwę na popas zalicza jakaś parka, której deski SUP owe z bagażem czekają na nich na brzegu. Za Przedborzem zwykle nieco mi się już nudzi, ale w końcu za mną już dystans maratoński, za to brzegi widokowe z białym piaseczkiem, dziś oblężone przez wypoczywających letników. Na wysokiej skarpie na lewym brzegu z której dwa lata temu rowerzysta robił mi fotkę, dzisiaj grupa czeskich kajakarzy skacze w stronę wody mając przy tym super ubaw, tak jak ich widzowie siedzący przy kajakach na drugim brzegu. Zaczynam wyprzedzać coraz więcej kajaków moich dzisiejszych gospodarzy, co daje mi kopa i nadzieję na dotarcie do celu. Jest na brzegu tabliczka informująca o dystansie który pozostał jeszcze do pokonania. Najpierw 22 km, później 13, jeszcze 7 i w końcu 500 metrów do końca. Uff. Dałem radę. 66 kilometrów w niespełna dziesięć godzin. Pora na odpoczynek, choć moi gos

podarze  aż do zmroku obrabiają kajaki, które przypłynęły, a trzeba je przygotować na następny dzień. Po zmroku chwila luzu przy browarku i po powitaniu niedzieli udajemy się na nocleg.                                                                                                           Ślad pierwszego dnia

Niedziela budzi mnie szybko, już o piątej – browary zrobiły swoje. Słonko już wstaje, ale próbuję jeszcze pospać. Wstaję o siódmej bo słońce nie pozwala już poleżeć. Pół godziny później gotowy już jestem do drogi. Czekam jeszcze by pożegnać się z Gospodarzami i o ósmej ruszam w drogę. Dzisiejszy etap ma mnie zaprowadzić do zalewu Sulejowskiego. Na wodzie spokój, bo jak mówili mi Jola z Marcinem w związku z zapowiedziami rekordowych temperatur dzisiaj, kilka grup odmówiło dzisiejsze spływanie. W co ładniejszych miejscach kajakarze jeszcze na brzegu, zbierają się do spływu, są i kajaki uwiązane do drzewa na zakolu 180 stopniowym. Tuż po jedenastej mijam Sulejów w którym na spokojnie witała mnie rodzinka łabędzia z dwoma małymi brzydkimi kaczątkami. Jeszcze kilka plaż z mnóstwem ludzi i płynąca wprost na mnie ropucha i wbijam się w jeziorko. Jest prawie południe i ciężko się wbić. Mewy nie pływają tylko chodzą po dnie. Udaje mi się jednak dotrzeć na głębszą wodę bez wysiadania i teraz już spokojnie w temperaturze powietrza takiej jak u zdrowego człowieka, po lekcyjnej godzinie dopływam do przystani na cyplu gdzie czeka już na mnie transport powrotny. Dałem radę mimo upału zrobić przez ten weekend 97 kilometrów. A dla statystyki hydrologicznej dodam tylko że poziom wody na wodowskazie w Przedborzu wskazywał 188 cm. w czasie mojego przepływu obok niego. No i tak się złożyło, że właśnie na Pilicy przyszło mi bić rekordy pływania w najwyższych i najniższych temperaturach. Kiedyś tam po sylwestrze w temperaturze minus 16 st.C, w ten weekend w 36 st. C. Ufff.

A kilka dodatkowych fotek w galerii poniżej.