2026-05-01-02 Mała Wełna z Dzwonówką ( 910 )

Od dawna planowałem w majówkę trwającą dla mnie trzy dni, przepłynąć coś nowego. Stany wód jednak nie do końca pchały mnie do tego kilkuset kilometrowego wyjazdu 🙁

Z dziesięć dni studiowałem mapę hydrologiczną kraju i z dnia na dzień jej wygląd nie napawał optymizmem. Bardzo chciałem przepłynąć coś z mojej listy rzek dłuższych niż pięćdziesiąt kilometrów, a wszystkie one oddalone są minimum trzysta kilometrów ode mnie więc wahania były duże. Wymyśliłem Wielkopolskę, bo tam jest kilka rzek z mojego wykazu. Nastawiłem się na Małą Wełnę pamiętając jak bardzo dawno temu, podczas spływu Wełną, przy jej ujściu do Warty musiałem wpychać się wiosłem po ujściowej mieliźnie. Dziś jednak na wodowskazie w Prusicach, to kilka kilometrów przed ujściem Małej Wełny, poziom jest niby średni. Na Małej Wełnie nie ma żadnego wodowskazu, ale mój sposób rozumowania jest taki, że skoro przy ujściu, na Wełnie średni,  to Mała chyba nie będzie aż tak niska jakby się mogło wydawać i jak opowiadał mi jeden z organizatorów spływów po tamtejszych terenach, do którego zadzwoniłem chcąc zasięgnąć języka z pierwszej ręki. Wspominał jeszcze o mocnym zarośnięciu rzeki o tej porze roku, ale ja naocznie musiałem to sprawdzić :-). A prognozy na ten weekend iście letnie, po ostatnich mroźnych nocach wreszcie ciepło, wręcz gorąco. Ruszam zatem w czwartkowe popołudnie, prosto z pracy w kierunku pierwszej Stolicy Polski.  Po dziewiętnastej zwiedzam już XI-wieczną gotycką katedrę z bliźniaczymi wieżami, służąca za miejsce koronacji polskich królów. Szybko bo każą wychodzić, idę jeszcze nad jezioro Jelonek pod napis Gniezno i pomnik Lecha, a później jeszcze na betonowy rynek i odjeżdżam poszukać noclegu gdzieś bliżej planowanego startu.

Noc ciepła w porównaniu do minionych nocy mija szybko. O ósmej jestem już na moście kawałeczek za jeziorem Gorzuchowskim, w Zakrzewie. No i moja ocena – jest spoko, da się tu ruszyć. Może nawet skoczyć powyżej, na jeziorko? Nie decyduję się jednak widząc jaz który miałbym po drodze, a tak zejdę sobie pod mostem znajdującym się tuż obok ładnego pałacu który podziwiać można jedynie zza ogrodzenia

                                                                                                                Pałac w Zakrzewie

Początek spoko, brak nurtu ale głębokość wystarczająca, ale już po kwadransie zaczynają się pojawiać w korycie coraz gęściejsze, suche i wysokie zeszłoroczne trzciny. Są tak mocne, że nie daję rady łamać ich wiosłem z marszu. Zatrzymują mnie całkowicie. Męczę się. Tam gdzie kończą się trzciny, zaczyna się świeża, tegoroczna roślinność porastająca całą rzekę. No tu się nie rozpędzę :-(. Muszę sporo chodzić brzegiem ciągając za sobą kajak. Męczę się. I tak o ile pierwsze osiem kilometrów pokonuję w niespełna dwie godziny, to pokonanie następnych dwóch zajmuje mi blisko godzinę. Dalej nie jest nic lepiej i tak po pięciu godzinach za mną dopiero piętnaście kilometrów 🙁                                                                                                          Nie jest zbyt przyjemnie

Słońce i trasa, szczególnie ta deptana każe mi odpocząć. Kładę się na kajaku i zażywam regeneracyjną drzemkę . Nie pamiętam takiej sytuacji wcześniej, ale dziś czeka mnie jeszcze droga do pozostawionego na starcie transportowca, bo na tym wyjeździe jestem sam jak paluszek :-(. Męczę się jeszcze blisko trzy godziny przepływając w sumie prawie 22 km. w czasie ośmiu godzin. Jak sobie pomyślę że tydzień temu w trzy godziny przepłynąłem 27 km. to żal mi się robi takiej majówki :-(. Godzina jeszcze młoda, bo szesnasta, ale mapy pokazują że nie prędko natrafię na jakieś zabudowania, a muszę na takie trafić by pozostawić kajak na czas wycieczki po autko. Dlatego widząc w miarę blisko rzeki na wzgórzu w Jagniewicach ładny domek, idę zapytać o możliwość pozostawienia sprzętu. Dogaduję się  z gościem i nawet jest propozycja odpłatnej podwózki na start. Decyduję się, bo w taki świąteczny dzień kiepsko będzie mi załapać się na jakiś inny transport.                                                                                                Tutaj kończę pierwszy dzień majówki

Drugi dzień rozpoczynam pół godzinki później niż pierwszy, w tak samo piękny poranek jak poprzedni i pierwsze metry dają nadzieję, że może będzie dzisiaj nieco lżej. Głębokość wystarczająca, „przejezdność” również, ale niestety już po kilometrze coś się traci. Traci się wystarczająca głębokość, którą do tego miejsca zawdzięczałem bobrom, a dokładniej ich tamie. Tuż za nią zrobiło się tak płytko i kamieniście, że musiałem wychodzić z kajaka i ciągnąć go za sobą na sznurku. I taki stan przyjemności trwa blisko trzy godziny  niespełna siedem kilometrów. Jedyny plus że gdy dla mnie zbyt płytko, dla sarenek już nie i jest ich co rusz całkiem sporo przy wodopoju. Dopływam do miejsca, którego dzisiaj obawiam się najbardziej. To hodowlane stawy rybne. Obawy okazują się słuszne, bo tak jak przypuszczałem stawy zabierają wodę rzece i tu już w ogóle nie ma po czym płynąć a nawet chodzić.  Na brzegu widzę, że po prawej stronie rzeki jest staw po którym pływa jakieś urządzenie chyba do wycinania zieleniny, albo czegoś podobnego, a po lewej stronie znajduje się grobla w betonowym korycie płynie wystarczająca ilość wody, bym mógł popłynąć. Jest dosyć stromo i moje wodowanie udaje się trochę mało fortunnie, bo wylądowałem tyłem do kierunku płynięcia i zmuszony będę do płynięcia tyłem. A to dlatego, że grobla jest zbyt wąska bym się mógł obrócić. Na brzegu wyleguje się zaskroniec a mnie po kilkudziesięciu metrach płynięcia na wstecznym udaje się zawrócić dzięki uszczerbkowi betonowego brzegu. Całe moje groblopływanie to jakieś pięćset metrów i trzeba wyjść na brzeg. Tu już nie ma po czym płynąć. Za groblą staw, ale ogrodzony a ogrodzenie wręcz doklejone do rzecznego wału. Muszę przejść na drugą stronę rzecznego koryta i deptać równolegle biegnącą dróżką, aż do gostka w koparce który niezbyt mnie pociesza mówiąc że przede mną jeszcze ze trzy kilometry bez wody, a  i za stawami raczej nie mam się czego spodziewać, zwłaszcza że jest tam rozwidlenie i rzeka w prawo płynie do miasta Skoki, a w lewo jakby skrótem do jeziorka z którego półtora kilometra  rzeczki wpadającej do Małej Wełny już za miastem. Gostek pozwala mi przepłynąć jeden staw, choć jak twierdzi on w tej sprawie mało ma do gadania. Korzystam jednak i znowu pokonuję jakieś pół kilometra. Dalej koleny marsz z kajakiem, aż do drugiej zastawki o której mówił mi że będzie ostatnią. Kolor wody  w rzece za zastawką mało zachęcający do spływu, ale wolę płynąć niż chodzić i jakoś pomału udaje się przez jakiś czas, aż do wspomnianego rozwidlenia. Tam w stronę miasta płynie ledwo stróżka po której nie widzę możliwości płynięcia. Ta w lewo wydaje się nieść parę kropel więcej, zatem wybieram stróżkę prowadzącą do jeziora Maciejak. Udaje mi się dopłynąć do niego a za mną już blisko pięć godzin i ledwo 13,5 kilometra. Słabo :-(. Po jeziorze mam zaledwie niepełny kilometr i wpływam na rzeczkę. To ujściowy, półtorakilometrowy odcinek Dzwonówki. Po jej połączeniu z Małą Wełną daje się jakoś płynąć, dzięki czemu po niespełna kilometrze jestem już na jeziorze Budziszewskim. Będę mógł troszkę odpocząć. Dokładnie jakieś cztery i pół kilometra i wraca nadzieja na zakończenie w dniu dzisiejszym przygody z nową rzeką, bo godzina jeszcze młoda :-).  Równo o piętnastej wypływam z jeziora na ostatni, czterokilometrowy odcinek rzeki. Udaje mi się go pokonać w godzinę i wiem już że wygrałem, bo przede mną już tylko pięć kilometrów po jeziorze Rogoźno, a na jego końcu jaz do przeniesienia za którym po stu metrach Mała Wełna uchodzi do Wełny. Hurrrra 🙂                                                                                                        Ostatnie przenoszenie

Akurat zaraz po wpłynięciu na Wełnę, zobaczyłem gościa w przydomowym ogródku. Od razu zapytałem o możliwość przechowania kajaka, na co pan przystał bez problemu. W dalszej konwersacji dogadaliśmy transport. Pan ściągnął córkę z mężem, którzy bardzo szybko dowieźli mnie do miejsca postoju mego transportowca. Mnie pozostało wrócić po kajak, po czym wracam w stronę Gniezna wypatrując jakiegoś lasku do przenocowania. Udaje się to. Po drodze szamam kebsa a w moim dzisiejszym lesie wychylam jeszcze zimnego browarka zakupionego po drodze i mogę spokojnie odpocząć przed ostatnim dniem majówki 🙂

Kolka fotek