
Zapowiadali super cieplutki, słoneczny i bez deszczowy weekend. Ostatni letni weekend. Nikt z moich bliskich nie chce zaufać prognozom, ja nie odpuszczę. Jadę na spływ. Na Wartę.
W sobotni poranek ruszam w stronę Działoszyna. Objazdy, remonty dróg, ale o 9,30 melduję się w siedzibie Klubu Kajakowego Żubr w Zalesiakach gdzie czeka na mnie znajomy z facebooka Jan.L. , który oferuje mi swoją pomoc w logistyce tak więc bez wahania jedziemy (znowu przez objazdy ;-( ) do Ważnych Młynów skąd znowu wystartuję po trzynastu latach nie bytności na tym odcinku. To następuje o dziesiątej trzydzieści. Dwa zakręty i słyszę już odgłosy przelewającej się przez próg przed mostem kolejowym, wody. Wygląda że będzie trzeba przenosić, ale przypominam sobie że te trzynaście lat temu nie przenosiłem, a i Jan coś wspominał że po lewej da się spłynąć.
Lewa odnoga
Spływam po lewej, jest spokojnie. Teraz mogę sobie przypominać dawno nie widzianą i co mnie dziwi, dzisiaj pustą trasę.
Za progiem
Po godzince mijam most pomiędzy Łążkiem a Orczuchami, cały czas pięknie i pusto choć nie do końca pusto. W pewnym momencie z lasu nad brzeg rzeki wyskakują dwie łanie i jeleń z pokaźnym porożem. Gdybym tu dopłynął około pięć sekund później to może zobaczyłbym zwierzynę pokonującą rzekę, a tak łanie zauważywszy mnie, robią szybki odwrót , jeleń zastyga w bezruchu na trzy sekundy bym zdążył mu zrobić słabą fotkę i również znika w lesie.
Eh – te pięć sekund :-(.
Kolejna godzina napawania się bezludnym spokojem i ładnymi widoczkami i jestem już przy ujściu Liswarty. Za mną czternaście kilometrów, a na Liswarcie widać kajakarzy, zatem nie czekam tylko płynę dalej w spokoju po wodach lepiej pamiętanych, bo prawie co roku pływanych aż do Wąsosza.
Liswarta wpływa.
No i upływa kolejnych trzydzieści minut i jest miejsce, które już kiedyś sobie upatrzyłem, by dzisiaj je odwiedzić. Tu też w miarę pusto, ale widzę że czynne. Pora wczesno obiadowa więc pauzuję by sprawdzić co tu jest. A jest tu Food Truck „Przystań Kajakowa” z kilkoma daniami obiadowymi i fast foodowymi . Są też lody o których słyszałem dobre opinie.
Taki wybór
No to skoro godzina odpowiednia, a i wybór jest to najpierw zapiekanka a później lodzik o smaku Ballantine’s. Smakowite obie pozycje 🙂
Można się najeść
Pół godzinki na zaspokojenie głodu i kubków smakowych, podczas których przepływa rzeką kilka kajaków i ja ruszam w dalszą drogę. Niezbyt śpiesznie bo wiem już, że moja meta na której czeka na mnie mój transportowiec, znajduje się już całkiem nie daleko. Kajakarzy nie doganiam, mijam kładkę prowadzącą na wyspę w Lelitach i ostatecznie kończę płynięcie prawie po granicy województw śląskiego z łódzkim wpływając ostatecznie w łódzkie. Mijam most kolejowy o piętnastej godzinie, a za niespełna 1,5 kilometra mam dzisiejszą metę. Klub Kajakowy Żubr w Zalesiakach. By dobić do pełnego kilometrażu treningu, mijam nieco metę, i zawracam gubiąc nie używane dziś okulary słoneczne, i dwóch kajakarzy na dmuchańcach, których musiałem wyprzedzić nie zauważenie chwilę wcześniej gdy płynąłem inną niż oni, odnogą obok wyspy. Dzisiejszy etap wyniósł prawie 29 kilometrów i skończył się tak wcześnie, że będę miał sporo czasu na odpoczynek :-). Na wodowskazie w Działoszynie dzisiaj 416 cm.
Na mecie
Ślad dnia pierwszego
Mój gospodarz jeszcze jest, ale zaraz wychodzi na zaplanowaną dużo wcześniej imprezę. Ja mogę sobie w tym czasie potestować wiszące tu i ówdzie hamaki, poobcować z patronem klubu – Żubrem i poprzyglądać się przepływającym co jakiś czas obok mojej mety kajakom. Tak robię 🙂
Żubra obłaskawiłem na tyle, że na rogach posuszył mi moje gumaczki 😉
Wieczór minął miło i szybko, trochę pogadaliśmy z gospodarzem po jego powrocie i nastał nowy, równie piękny co sobotni, niedzielny poranek. Na terenie klubu coś na wzór Stonehenge, gdzie każdy postawiony kamień oznacza członka klubu, który odpłynął już na wieczny rejs -:(
🙂
Po śniadaniu ruszyliśmy na dwa auta na moją zaplanowaną metę – do Krzeczowa. Tam moje zostało, a z Janem wróciłem do Zalesiaków by o dziewiątej wystartować. Musiało być punktualnie, bo przy oddalonym o dwa i pół kilometra moście w Działoszynie mają się do mnie dołączyć najodważniejsi członkowie Klubu Żubr ;-). No a mnie czeka jeszcze przenoska przez miejscowy próg.
Obniosłem
Jestem punktualnie. Ekipa schodzi na wodę. Mój gospodarz ma kontuzje, on nie popłynie. Zrobi tylko fotkę gotowych na brzegu do startu i mnie, który z kajaka już nie wychodzi 😉
Gotowi do startu
Płyniemy razem ledwo kilkaset metrów, bo gdy na brzegu dostrzegamy trzy pokaźne kanie (grzyby), załoga dwójki postanawia je zerwać. Do brzegu jednak słaby dostęp. Mnie jako nie miejscowego, czas troszkę goni, płynę zatem dalej w spokojnym tempie w towarzystwie Gościa, który w minionym tygodniu ukończył 79 lat. Gratuluję kondycji i podejścia do życia. Okazało się, że jesteśmy prawie ziomalami. Był czas gdy Pan Edek mieszkał w mojej Czeladzi. Płyniemy razem aż do Bobrownik, gdzie zauważamy że dosyć długo nikt nas nie dogania. Żegnamy się bo wiadomo, ja mam jeszcze sporo drogi przed sobą, a on wypłynął z kolegami więc pasowałoby, by z kolegami dopłynął. Wcześniej, w Lisowicach, miejscu gdzie najczęściej nocowałem gdy jeździliśmy tutaj stałą, już historyczną 😉 ekipą, poopowiadał mi jeszcze o historii miejscowego mostu. Otóż w roku 1966 podczas kręcenia wojennego filmu Don Gabriel, w którym mój rozmówca brał udział jako statysta, na miejscu obecnego mostu stał most drewniany przedstawiony w filmie jako mocno strategiczny, który zostaje tam właśnie wysadzony w powietrze przez grającego Don Gabriela Bronisława Pawlika tuż przed zbliżającymi się do niego niemieckimi czołgami. Taka historia mostu.
Obecny most w Lisowicach
Tak więc pozostaję tak jak najczęściej – sam sobie, choć dzisiaj co jakiś czas wyprzedzam małe grupki kajaków. Płynę powoli czasem zatrzymywany przez mocne powiewy wiatru, ale co dziwne częściej wiatrem jestem pchany i to na tyle mocno że muszę uważać żeby mnie nie zdmuchnęło z rzeki ;-). Zakole Załęczańskiego Parku Krajobrazowego pokonuję w ciągu czterech godzin mijając po kolei resztki młynów
Tu w Tasarzach
Mijam Resort Stara Wieś z dużą ilością gości, dwadzieścia minut później stalowy most do Załęcza Wielkiego z powieszonym na nim kole ratunkowym :-). Można czuć się bezpiecznie. Dalej jest jedyne spore bystrze na tej trasie, na wysokości Kępowizny czyli prawie na cyplu najbardziej na zachód wysuniętego fragmentu tego zakola. Pojawiają się na trasie małe, chyba prywatne promy dziś nie pływające , a stojące tu już od wielu lat. Jest też łabędzia rodzinka w bezpiecznej odległości 😉 , no i pojawia się most w Kamionie, czyli za chwilę przenoszenie po prawej stronie.
Obnoszę i po pół godzinie wiosłowania dopływam do mojej mety (zdjęcie tytułowe).Przed mostem w Krzeczowie. Nawet nie idę po auto, idę z kajakiem na rynek, sto metrów i koniec trasy. Wrzucam kajak na dach i ruszam do domu. Następnego dnia dostaję info, że moi chwilowi towarzysze podróży, swoją podróż zakończyli około godziny dwudziestej. No, no – dobrze że się odłączyłem 🙂
Ślad dnia drugiego


