2018-05-18-20 XLVIII OSK Skawa, Wisła

 

Trzeci weekend maja, najczęściej komunie, ale dla nas to tradycyjnie spotkanie z uczestnikami Neptunowego spływu Skawą i Wisłą…

Na biwak w Podolszu dojeżdżamy przed dwudziestą, 1/4 naszej drużyny już jest na miejscu i trzyma nam najlepsze miejsce pod namiot. Rozbijamy go sprawnie jeszcze przed zmrokiem i będąc już w 3/4 ekipy, możemy oddać się spokojnym oczekiwaniom na ostatnie 1/4 drużyny. Tradycyjnie integracja i długie rozmowy z długo nie widzianymi znajomymi. Jest fajnie i nie pada, jak jeszcze kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt godzin temu. Ranek przychodzi nagle.

                                                                 …i od razu trzeba iść na rozpoczęcie 😉

Po uroczystym rozpoczęciu spływu jedziemy autokarem na miejsce startu. W tym roku to Skawa tuż za pierwszym za zaporą , mostem w Świnnej Porębie. Na moim zdjęciu tytułowym widać jak przed spływem padało :-). Startujemy

                                                  Woda niska, ale nie najgorsza, ostatnie opady (chyba) pomogły 🙂

Po niespełna pięciu kilometrach spora kolejka chętnych do wyciągnięcia kajaka z wody w celu obniesienia larsenowego progu na wysokości Jaroszowic. Chwilka cierpliwości i obnosimy to paskudztwo prawym brzegiem.

                                                                                          Tak to wygląda

Płyniemy dalej by już po kilometrze zrobić sobie krótką przerwę obok knajpy w Wadowicach. Dziwnym trafem w tym roku prawie nikt się tutaj nie zatrzymuje. Zatrzymuje się jednak jeden z bardziej znanych, nie tylko w swojej Częstochowie, kajakarz który dosiada się do naszego stolika, a po chwili kelnerka przynosi piwo, pierogi i frytki, którymi Piotrek nas częstuje. Prawdziwa uczta, ale pilotki końcowe wolą byśmy powoli wracali na wodę. Czynimy to, choć z ciężkim… brzuchem ;-).

                                                   Widok z „naszego” stolika w kierunku Skawy

Z małym opóźnieniem reflektujemy się, że jest już po czternastej więc trochę późnawo, zważywszy na to, że do kolejnej przenoski za którą nastąpi start do odcinka szybkościowego, pozostało jeszcze czternaście km. Daleko 🙁

                         Wspomniane 14 km. udaje nam się pokonać w mniej niż dwie godziny. Widać przenoskę.

Minęliśmy w międzyczasie kilkanaście kajaków, więc teraz bez pośpiechu wspólnymi -klubowymi siłami obnosimy większość naszych kajaków, a za przenoską ja od razu startuję do czasówki, a dziewczyny integrują się z dziwnie poubieranymi, stojącymi przy przystrojonej balonikami, ciężarówce ludźmi. Okazuje się że czekają oni na znajomych weselników. Dziewczynom udaje się zrobić „bramę” z wioseł i tym samym mają podczas odcinka szybkościowego kajak cięższy o pół litra weselnego trunku. 🙂

                                                                               Takie przedsięwzięcie 🙂

Przez wyścigowe sześć kilometrów nie robię żadnych zdjęć ścigając się z samym sobą, wypuszczony przez sędziów o pewnej godzinie dopływając do mety w czasie niespełna 40 minut. Mogę zaczekać na resztę klubowiczów i porobic im finiszowe fotki. Na mecie jest póki co 1/4 naszej ekipy. Krystian z Dastinem.

                                     Na mecie dziewczyny, dobrze im poszło mimo dodatkowego obciążenia 😉

Po jakimś czasie dopływa nasza druga męska osada i na końcu Piotrek na moim topornym Prionie. Jesteśmy w komplecie, można iść na posiłek.

                                                             O tej porze kolejki po karmę już nie ma 😉

Pojedzeni, mamy troszkę czasu na regenerację, ale już po półtorej godziny startujemy w konkurencjach sprawnościowo – intelektualnych, takich jakich na Skawie jeszcze nie było. Klubowa mobilizacja, startujemy wszyscy i będzie się to opłaciło, o czym dowiemy się na jutrzejszym zakończeniu 🙂

                                                             Nie wszystkie konkurencje były łatwe 🙂

Po godzinie dwudziestej mamy już czas wolny, który każdy spożytkować może według własnej ochoty i siły. Mnie tradycyjnie ten wolny do świtu czas przelatuje w ekspresowym tempie a budzę się na pół godzinki przed zamknięciem godziny startu. Wyrabiam się na czas. Płyniemy w stronę Wisły.

                                      Nie jestem ostatnim schodzącym na wodę dzisiejszego poranka 🙂

Po dwóch kilometrach musimy obnieść próg, za którym po kolejnym kilometrze z małym hakiem wpływamy na wiślane wody, a dokładniej na wody kanału śluzowego śluzy Smolice. Spoglądając w lewo dojrzeć można wieżyczki śluzowych zabudowań. My skręcamy w prawo i płyniemy spokojnie w stronę promu pomiędzy Okleśną a Przewozem.

                                                                        Spojrzenie w stronę śluzy Smolice

Osiemdziesiąt minut spokojnego wiosłowania i przyjemnych rozmów z wespół kajakarzami, i pojawia się , w tym roku już czynny , prom. Dosyć często pływa z brzegu na brzeg. Nam pozostaje załadunek sprzętu i można wracać do Podolsza. Mnie ten powrót zajmuje najwięcej czasu, bo nie udaje mi się zapakować jednego z kajaków na pierwszy transport. Wolę zaczekać i być przy jego załadunku, bo to jednak delikatny kajak z włókna szklanego. Czekam.

                                             Dbam nawet o to by dobrze przytwierdzić kajaki do przyczepy 😉

Gdy wracam do naszego obozowiska, namioty są już poskładane, ładujemy zatem kajaki, jemy obiad i czekamy na zakończenie. Tu się okazuje że na pięć osad mamy trzy kategorie na najwyższym stopniu podium i jedną ze srebrnym medalem. To z kolei pozwala nam zebrać puchar za najlepszą spływową drużynę. Nasza 8 osobowa, pięcio osadowa ekipa najlepszą drużyną XLVIII OSK Skawa-Wisła. Huuuurrrra i podziekowania dla wszystkich, a szczególnie dla Wioli, która płynąc po raz pierwszy kajakiem od razu zdobyła złoto w osadzie z moją Gosią, a w konkurencjach sprawnościowych wygrała z nami wszystkimi. Gratulacje 🙂

Więcej fotek tutaj.